Gpunkt.pl

Freestyle o kulturze

Nieświetni święci

9 Komentarzy

Jakie są „Żywoty świętych osiedlowych” Lidii Amejko? Krótkie, ledwo zarysowane portrety mieszkańców betonowego Osiedla składają się na jej drugą powieść. Ten szereg postaci wtapia się w szarość i bylejakość tła: zaszczane chodniki, wyszczerbione płyty, połamane ławki, pogięte i przelewające się od śmieci kubły, wychodzące z ziemi zardzewiałe pręty. Życie toczy się wśród piętrowych bloków, supersamu, boiska i centrum: monopolowego Jerycho. Czy ta nasza powszedniość, kreślona uparcie, i niestety, bezrefleksyjnie, przez Amejko, jest na pewno tak schematyczna?

Podstawowym i, przy okazji, śmiertelnym grzechem tej książki jest jej język. Nieznośna stylizacja, opierająca się o banał i zamierzoną nieporadność, ma przypuszczalnie podkreślić ten, utarty już, szary kolor codzienności, rodzący się z niego pesymizm, obojętność, brud. Prostota skojarzeń, odwoływanie się do powierzchowności świata i modnego dzisiaj języka budzi we mnie zażenowanie. Nieuzasadnione stosowanie wielkiej litery, błędy stylistyczne, nijakie porównania i przenośnie, roszczące sobie pretensje do bycia czymś więcej (wystarczyło, żeby kartę do bankomatu włożyła, a już nowe życie w niej rosło – nie mówiąc o debecie!), rytm nieliteracki, siłą uwspółcześniony, wpisujący się w pojęcia takie jak publika czy komercja, zlewanie wyrazów, potęgujące jedynie wrażenie bełkotliwości tej prozy – oto, z czego Amejko winna się wyspowiadać.

Bylejakość Żywotów świętych osiedlowych należy rozumieć dwuznacznie. Nie tylko książka jest byle jaka, również jej bohaterowie: stereotypowi, jaskrawi, niczym wycięte z tektury szablony. W osiedlowej zgrai znajdziemy pijaków spod monopolowego, panny lekkich obyczajów, miłośników seriali, księdza czy informatyka. Osiedlowy świat jest brutalny, pełen głupoty, chamstwa, pornografii, zła. Nie pomogą odniesienia do filozofii, religii, sztuki – nazwiska sąsiadów: Nicze, Chejdeger, Duszamp. Poszukiwanie sensu odbywa się tutaj na poziomie dziecka, niestety pozbawionego i wrażliwości, i błyskotliwości. Nowatorstwo? Może paść argument za Amejko, mówiący, że opis codzienności nie został czytelnikowi nigdy podany w takiej formie. Warto jednak zastanowić się: dlaczego?

Amejko samym tytułem swojej powieści nawiązuje do wątków religijnych. Ten jakże drażliwy temat traktuje jednocześnie z szacunkiem i z dystansem. Bóg, z założenia wszechmogący, staje się też nieporadny (nie ma jakoś Stwórca głowy do teologii), ludzki, nawet wulgarny, kiedy mówi o potopie w języku informatyki: (kiedy to Noego i co lepsze zwierzęta w pliku „Arka” przechował, a całą resztę sczyścił do dna), ale to wszystko gówno warte, bo dużo czasu nie upłynęło i świat znowu diabłami się zawirusował! Temu balansowaniu bliskością Boga brakuje wieloznaczności. Przypomina nieco Boga Rilkego z jego Powiastek o Panu Bogu, dalekie jest jednak od rilkowskiej poetyki i piękna opisu.

W słowotoku Amejko, w jej banalności i pospieszności ginie garstka niezłych określeń, czy jedno z ciekawszych powiązań Boga z telefonem komórkowym w rozdziale Legenda na dzień świętego Stanisława, ateisty. Te trzy celniejsze strony to jednak za mało, by wybronić resztę tej ponad dwustustronicowej historii. Autorka określa stosunek do własnej prozy, pisząc: Upominam się o prawo do głębi, o niezamykanie rzeczywistości w opisie socjologicznym i psychologicznym, o wyjście poza kategorie polityczne i ekonomiczne – a najlepiej wyjście poza opis w ogóle! Ja SZTUKUJĘ świat (lubię dwuznaczność tego słowa), dorabiam mu znaczenia, których dotąd nie było, po swojemu próbuję odszyfrować sens ukryty w widzialnym. Nie mogę oprzeć się trawestacji tych słów, dlatego: upominam się o prawo do pełnej, głębokiej treści, o formę, która nie obraża czytelnika, o wyjście poza współczesne przekonanie, że pospieszność i eklektyzm (lubię to słowo) sprzedadzą się jak ciepłe bułki. Po swojemu sprzeciwiam się traktowaniu literatury jak towaru. Literatura jest poszukiwaniem, nie daje nam jednak gwarancji, że to, co znajdujemy jest coś warte. Tutaj nie ma nie tylko gwarancji, ale i wątpliwości.

Żywoty świętych osiedlowych wpisują się w popularne w dobie Internetu przekonanie, że opublikować można wszystko (jak widać to prawda). Sama Amejko zdaje się być jedną z tych osób, które zapominają, że to historia ma na marginesie opowiadać autora, nie autor historię. Treść, wspierana przez formę, broni pisarza, nie odwrotnie. Ci, zajęci dzisiaj promowaniem siebie, nie fabuły, być może doczekają się kanonizacji. Dzięki Bogu, większość z nas nie zawraca sobie głowy imionami świętych.

Tekst: Ewa Oleszczuk

Tytuł: Żywoty świętych osiedlowych

Autor: Lidia Amejko

Wydawnictwo: W.A.B., Warszawa 2007

Reklamy

Written by martap

Marzec 10, 2008 @ 10:46 am

Napisane w literatura

Tagged with ,

Komentarzy 9

Subscribe to comments with RSS.

  1. Cóż, odnoszę wrażenie, iż autorka powyższego komentarza zupełnie minęła się z powołaniem, a „Żywoty świętych…” były jedynym dziełem L.Amejko, jaki Pani E.O. przeczytała. Może gdyby poświęciła trochę czasu na Farrago i inne utory L.Amejko, książka, o której się wypowiada byłaby bardziej zrozumiała.
    Czytając powyższy tekst E.O. odbieram zupełne niezrozumienie tematu.
    W moim odczuciu – jedna z tych książek roku 2007, które należy przeczytać.
    Natomiast oceniając książkę po „satysfakcji lektury” – jedna z lepszych.
    Po prostu przyjemność czytania.
    Książkę polecam.

    Marcina

    Marzec 22, 2008 at 12:37 pm

  2. Cóż, dziękuję za reakcję. Co do minięcia się z powołaniem: wzbudzenie emocji czytelnika jest dla mnie wystarczającym dowodem na to, że warto było tę recenzję napisać.
    Przyznaję, że „Żywoty świętych osiedlowych” były pierwszą książką Amejko, którą przeczytałam (przypuszczalnie też ostatnią). Nie przekonuje mnie pani argument, że gdybym przeczytała inne utwory Amejko książka byłaby dla mnie bardziej zrozumiała. Czy to właśnie nie potwierdza moich ocen? Książka, która nie jest opatrzona dodatkową informacją taką jak „część pierwsza” czy „tom drugi” jest zamkniętą całością, historią z początkiem i końcem, i tak potraktowałam „Żywoty…”. Wydały mi się pretensjonalne i płytkie. Co według pani miałoby stanowić o tym, że jest to książka, którą „należy przeczytać”, „jedna z lepszych”? Nie podała pani ani jednego argumentu, który wspierałby pani stanowisko. Może jakieś konkrety?
    Dla pani przyjemność czytania, dla mnie niestety nie.

    Ewa Oleszczuk

    Marzec 30, 2008 at 7:40 pm

  3. Ale mnie wnerwiła ta niesprawiedliwa recenzja. A właściwie nie niesprawiedliwa, lecz po prostu ślepa. I nie to jest denerwujące, że ktoś ma inny punkt widzenia, lecz że osoby pozbawione humoru, lekkości pióra wypowiadają się na temat humoru widząc w tym pesymizm, zaś w lekkości pióra widzą nieporadność.
    Wcale Nie Szanowna Pani Recenzent – czy jest w pani nie krótkiej przecież recenzji – choćby jedno kreatywne zdanie, choćby określenie, dobitna metafora, lub intrygujący i zarazem naturalny rytm ułożonych słów? Proszę mi to wskazać. Nie zauważyłem. A w „Żywotach…” mnoży się to na każdej stronie. Nawiasem mówiąc jestem bardzo ciekaw czym jest ów „rytm nieliteracki”
    Proszę też nie tłumaczyć mi, że recenzja ma inną funkcję. Bo recenzje składają się ze słów właśnie, a słowa (w szczególności forma) zdradzają horyzont ich autora. Jedyne co u WNS Pani Recenzent zauważyłem to akademickie podejście do interpunkcji. Co zatem daje pani odwagę by napisać: „…śmiertelnym grzechem tej książki jest jej język”, bo chyba nie ta recenzja.
    Właśnie język jest największym walorem tej książki – tak świeży, elastyczny, mięsisty i wielobarwny, że przypomina taniec. Czasem taniec-połamaniec, czasem menuet na budowie, czasem szarżę kotyliona. Ale zawsze z przygodami. A tu WNS Pani Recenzent chce by autorka wyspowiadała się czemu „utarty już, szary kolor codzienności, rodzący się z niego pesymizm, obojętność, brud”, czemu „ Nieuzasadnione stosowanie wielkiej litery, błędy stylistyczne, nijakie porównania” , „na poziomie dziecka, niestety pozbawionego i wrażliwości, i błyskotliwości”, wreszcie czemu „bełkotliwość tej prozy”.
    Otóż mam najlepszy sprawdzian na bezsensowność tych zarzutów – przeczytałem kilku osobom ( w rozmaitym wieku, o rozmaitym poziomie wykształcenia, doświadczeń i wrażliwości) 3-4 zawarte w książce opowiadania. Jaka była reakcja? Deklaracja zakupu „Żywotów”, lub prośba o pożyczenie.
    Proszę spróbować tej metody.

    BogusławBujała

    Maj 22, 2008 at 9:42 am

  4. Na marginesie poprzedniego wpisu.
    Pani Ewa Oleszczuk jasno pisze co jest powodem pisania recenzji „wzbudzenie emocji czytelnika”.
    Kiedyś ukradziono mi samochód. Emocje jakie przy tej okazji przeżyłem były niemałe. Czy to usprawiedliwia tego złodzieja? Ale on przynajmniej poniósł jakieś ryzyko.

    BogusławBujała

    Maj 23, 2008 at 10:43 am

  5. Witam
    Na początek – nie znam pana, pan nie zna mnie, więc skąd ta opinia, że jestem pozbawiona poczucia humoru? Brak mi lekkości pióra? Przepraszam za brak skromności, ale jest pan pierwszą osobą, która mi to wyrzuciła. Moi czytelnicy (że tak nazwę grono osób, które wypowiadały się na temat mojego pisarstwa, a podkreślam – są to osoby o różnej wrażliwości i doświadczeniu – zgadzały się, co do tego, że lekkości w pisaniu mi nie brakuje). Dlaczego w ogóle pańska krytyka atakuje nie moje poglądy a mnie samą? To niesprawiedliwe.
    Denerwować się z powodu tego, że ktoś ma inny punkt widzenia? To byłoby szaleńcze posunięcie, doprawdy.
    Kreatywna metafora? Rytm? Cóż, to już kwestia zapatrywań. Nie będę pretendować tu do roli nowego Zbigniewa Nienackiego, Tomasza Manna czy autorytetu i niedoścignionego wzorca (nie mam złudzeń!) – Brunona Schulza. Ale napisałam tę recenzję przyzwoicie, zgrabnie, a co do kreatywności – czy moja trawestacja nie była słodko żartobliwa? Albo puenta?
    Recenzja ma inną funkcję, stąd muszę to panu wytłumaczyć: recenzja jest kreacją autora, głosem dziennikarza. Wystawiając Amejko brutalną ocenę miałam pełną świadomość tego, co piszę i dlaczego. Recenzja to tekst subiektywny, obiektywizm dla tekstu krytycznego jest formą samobójstwa. Proszę więc pozwolić mi zachować swój punkt widzenia. Wierzę, że znajdzie pan recenzentów, z którymi się pan zgodzi. Proszę więc czytać ich, nie mnie. Proszę też (który to raz z kolei!) nie wyobrażać sobie, że po jednej recenzji jest pan w stanie określić mój horyzont.

    Co do kwestii języka i nieliterackiego rytmu:
    Sięgnęłam w tej chwili po Amejko i otworzyłam ją na chybił trafił: „Najgorzej to prześladował Chajdegera Przewodniczący Rady Osiedlowej: pisma wysyłał, że eksmitować go będą, a słowa wybiją do nogi! Nadszedł w końcu ten dzień, że ubrał się ciepło Chajdeger, słowa niewypowiedziane ostatni raz wymówił, pożegnał się z każdym…” itd.
    „Chajdegera”? Proszę wybaczyć, ale tego nie zaakceptuję. To jak „Włatcy Móch”, bajka w której dzieci mówią niegramatycznie i popełniają ortografa za ortografem. Powrót do futuryzmu? Dla mnie niedbałość, chęć przypodobania się tym, dla których codziennością są skróty „cze”, „nara” i pisanie bez znaków takich jak ą ę ć ź itp.
    „Pisma wysyłał, że eksmitować go będą” „dzień, że ubrał się ciepło” – to dla mnie gwara, nieznośna stylizacja, która kojarzy mi się z bylejakością, prostactwem, z tym, co ostatnio nagminne: zmianą słowa „sobie” na „se”, przez które dostaję mdłości i czuję zażenowanie. Bo przecież „Wysyłał pisma” nie „Pisma wysyłał”, „dzień, w którym ubrał się ciepło” nie „dzień, że ubrał się ciepło”. Są dla mnie pewne granice (każdy ma swoje), na innym języku się wychowałam. Nie mogę przyjąć tej stylizacji. Takie jest moje stanowisko. Jeśli wyraziłam je nieprzekonująco, używając niewłaściwych słów – mój błąd.

    Przedstawia pan metodę sprawdzania bezsensowności zarzutów. Muszę podkreślić, że konfrontowanie własnych poglądów z poglądami innych nie jest mi obce. Amejko pokazałam osobom w różnym wieku, z wykształceniem raczej wyższym (tak się złożyło), niemniej o różnych doświadczeniach (zdecydowanie) jak i różnej wrażliwości. Jaka była reakcja? Przyznawali mi rację.

    Nie napisałam „jasno”, że powodem napisania recenzji jest wzbudzenie emocji czytelnika. Nie użyłam tutaj słowa powód, a dowód, co zmienia nieco kontekst. Jedną z funkcji recenzji jest zachęcenie (bądź też nie) osoby do sięgnięcia po daną książkę, płytę, film. Recenzja, która nie wzbudza w odbiorcy ani pozytywnych, ani też negatywnych emocji jest po prostu nietrafiona.
    Trudno powiedzieć to o mojej.
    Szczerze mówiąc nie rozumiem pańskiej anegdoty o kradzieży samochodu. Emocje są ważne, a nawet – powiedziałabym – są esencją naszego życia. Zacytuję tu Millera: „Róbcie cokolwiek, ale niech to sprawia radość. Róbcie cokolwiek, ale niech to wywołuje ekstazę.” Pisanie wywołuje we mnie ekstazę, więc nie przestanę pisać.
    Być może moja recenzja nie spodoba się miłośnikom Amejko. Być może jednak znajdzie się ktoś, kto zgodzi się z moim punktem widzenia. Pomijając już ocenę tej książki – czy nie w tym tkwi największe piękno sztuki, że każdy ma prawo interpretować ją po swojemu? Coś, co dla mnie jest grafomanią, dla pana może być najlepszą lekturą w życiu. Szanuję pana pogląd, proszę też uszanować mój.
    Pozdrawiam

    Ewa Oleszczuk

    Maj 28, 2008 at 2:17 pm

  6. Pani Ewie brakuje zdecydowanie otwartości umysłu, dystansu, zarówno do książki jak i do siebie oraz poczucia humoru, jest sztywna jak Szymon Słupnik! Czytając Masłowską, pewnie co chwilę musiała zażywać garść relanium, żeby nie popaść w obłęd czytając te bezeceństwa 😉 Dumne i nadęte bufony takie jak pani Oleszczuk nie powinny zabierać się za pisanie recenzji, bo wychodzi z tego jakaś żałosna karykatura.

    Feather

    Grudzień 11, 2008 at 9:34 am

  7. Mój zamknięty umysł, niestety, nie pozwolił mi na lekturę Masłowskiej. Przynajmniej nie potrzebowałam relanium. Dumna? Nadęta? Bez przesady. Brak dystansu do siebie? Skąd te przypuszczenia? Uprzejmie proszę o komentarze broniące twórczości Amejko, nie atakujące moją osobę. Proszę napisać: dlaczego jest taka dobra? Cóż w niej takiego dobrego? Argumenty, zalety, uzasadnione zachwyty.
    Krytyka mnie samej nic nie wnosi. Nie rani mnie, nie sprawia przykrości, nie prowokuje bezsennych nocy, nie powstrzymuje przed pisaniem, nie zniechęca itd. Po co więc te docinki?
    Nie będę przepraszać za posiadanie własnego zdania. Nie upieram się też, że mój punkt widzenia jest najlepszym punktem na świecie. Po prostu jest mój. Mam do niego prawo. Pan/Pani ma prawo się z nim nie zgodzić. Za to próba dania mi prztyczka w nos to – nie oszukujmy się – po prostu dziecinada. Ostatecznie: komu tu brakuje otwartości umysłu, dystansu? A może: kultury osobistej?
    Pozdrawiam

    Ewa Oleszczuk

    Styczeń 2, 2009 at 2:19 pm

  8. Moim zdaniem, recenzja ta jest bardzo krzywdząca. Książka Lidii Amejko ma głębszy sens-trzeba go tylko odnaleźć. A co do języka, to jest on specjalnie stylizowany na żargon osiedlowy i według mnie wcale nie jest prostacki. Zbiór opowiadań przypomina średniowieczną hagiografię, stanowi pastisz opowieści o świętych.

    Marcin Chojnacki

    Marzec 14, 2009 at 7:14 pm

  9. […] Przypuszczam, że Lidka miała niesamowity ubaw czytając tę recenzję. Mnie jakoś podziałała ona (recenzja, chociaż Lidka też ;)) jak miód na serce – […]


Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: