Gpunkt.pl

Freestyle o kulturze

Śniadanie Mistrzów: Wszystko jest polityką

leave a comment »

071.jpg

Z czym nam się kojarzy polityka? Z niegasnącymi kłótniami władzy i opozycji. Polityka to Platforma, PiS, Kwaśniewski, Kaczyński, Tusk. To werbalne przepychanki – slogany, hasła, chwytliwe zwroty, mniej lub bardziej udane riposty. Potok, a czasami rynsztok słów, w którym próbujemy łowić jakieś głębsze treści. Ale polityczność jest sferą o wiele szerszą i ciekawszą niż medialne wizerunki polityków, doraźne konflikty i sztucznie generowane emocje. Przekonują nas o tym uczestnicy ostatniej dyskusji z cyklu „Śniadania Mistrzów”: prof. Adam Chmielewski, Michalina Golinczak, Łukasz Medeksza oraz Marcin Starnawski. Oto pierwsza część rozmowy, którą nasi goście prowadzili przy niedzielnym śniadaniu w klubokawiarni „Mleczarnia”.

Grzegorz Kosiorowski (moderator): Spotkaliśmy się, aby porozmawiać o polityce, ale w trochę inny sposób niż zazwyczaj rozmawia się w mediach. Spróbujmy spojrzeć na politykę z zewnątrz, z jakiejś szerszej perspektywy. Ostatnie lata politycznych zawirowań w Polsce niezbicie chyba udowodniły, że polityka potrafi niezmiernie elektryzować, fascynować i angażować ludzkie emocje. Musze więc zapytać, co takiego stanowi istotę polityki? Władza, rządzenie, spór, starcie odmiennych racji?

 

Marcin Starnawski: Niewątpliwie polityka to nieustanny spór, w którym stawką są różne formy władzy i kontroli. Niekoniecznie jednak spór ten przebiega tak, jak to widzimy na ekranie telewizorów. Dlatego trochę „zgrzytnął” w moich uszach postulat, żebyśmy spojrzeli na politykę z zewnątrz. Jeśli polityka rzeczywiście ogarnia całokształt naszego życia, to czy w ogóle jesteśmy w stanie spojrzeć na nią z zewnątrz, skoro wszystko jest polityką? W pewnym sensie także ta dyskusja stanowi przestrzeń polityczną.

 

G.K.: Rzeczywiście, polityka to pojęcie dosyć abstrakcyjne, ale przecież można je jakoś uchwycić i zdefiniować…

 

Łukasz Medeksza: Odbieram politykę i polityczność jako coś, co przenika także na poziom życia prywatnego. Co zawsze wiąże się z jakąś dominacją i negocjowaniem swoich racji czy stanowisk w przestrzeni zarówno prywatnej, jak i publicznej. W takiej polityczności zawsze jesteśmy w jakimś stopniu zanurzeni. Ona wcale nie stoi w sprzeczności z polityką rozumianą potocznie, czyli z polityką, o której mówią media. Ten drugi typ polityczności rozgrywa się w sferze publicznej, a ściślej – w sferze instytucji, których istnienie jest definiowane przez konstytucję i ustawy. Jednak trochę obawiam się stwierdzenia, że wszystko jest polityką i wszystko jest polityczne. Rozumiem, że to jakaś interpretacyjna perspektywa rzeczywistości. Ale to nie jest tak, że my jesteśmy uwikłani tylko w jakieś zmagania o dominację i w negocjowanie stanowisk. Polityka to jeden z aspektów rzeczywistości, ale nie cała rzeczywistość.

 

Michalina Golinczak: Zgadzam się ze stwierdzeniem Łukasza, że nawet prywatne bywa polityczne. Pytanie o politykę jest właściwie pytaniem o jej definicję. Jeżeli będziemy pojmować politykę w sposób klasyczny, jako dążenie do władzy i chęć jej utrzymania, nie będzie to definicja wystarczająca. Jacques Ranciere twierdzi na przykład, że polityka zaczyna się już od tworzenia arbitralnych granic między tym, co widzialne i tym, co niewidzialne, wykluczone. W tym ujęciu polityka jest walką pewnych jednostek, które dążą do zdobycia głosu w debacie publicznej, czyli walką o uzyskanie podmiotowości i równorzędności jako partnerów w dyskusji o rzeczywistości. To jest o wiele szersze rozumienie polityki, które chyba bardziej będzie odpowiadało naszej rozmowie.

 

M.S.: Łukasz powiedział, że przestrzeń polityczności jest szeroka i zbudowana przez pewien układ instytucjonalny, polityczno-prawny. Poszedłbym w tym stwierdzeniu dalej. Polityka to rzeczywistość konstruowana i warunkowana także kulturowo. Czasami pewne niepozorne aspekty codziennych interakcji mogą nagle okazywać się mocno polityczne.

 

13.jpg

 

Ł.M.: Polityka w sferze instytucji to tylko szczególny obszar polityczności. Natomiast zgadzam się, że polityczność silnie przenika również do życia codziennego.

 

M.S.: Michalina przywołała tutaj hasło rozpropagowane w zasadzie przez drugą falę feminizmu na Zachodzie w latach 60.: prywatne jest polityczne, albo: prywatne jest publiczne. Wówczas było to jasne postawienie kwestii, na przykład w odniesieniu do sytuacji kobiet czy podziału ról społeczno-kulturowych między płciami, także w sferze domowej, czyli tej, która zwykle nie jest widzialna i nie jest poddawana debacie politycznej. Ale przecież ta prywatna sfera wiąże się w ogromnym stopniu z kształtowaniem szeroko rozumianej przestrzeni społeczno-kulturowej, czyli także politycznej.

 

Adam Chmielewski: Jeżeli problemem jest definicja polityczności, to może sięgnijmy do Carla Schmitta, który, choć znany jest ze swojego niechlubnego zaangażowania w system nazistowski, sformułował bardzo interesującą definicję tego, co polityczne.. Jego definicja polityczności, zależnie od wyboru, może być dla nas albo pozytywnym, albo negatywnym punktem odniesienia. Schmitt głosił stanowisko, które można narzuca ideę autonomii polityki. Jego podejście do polityczności polega na definiowaniu polityki poprzez konstytutywne sprzeczności, które określają różne sfery życia publicznego. A więc na przykład sprzeczność między dobrem i złem definiuje sferę moralności, sprzeczność między brzydotą i pięknem definiuje sferę estetyki, różnice między zyskiem a stratą definiują sferę ekonomii. Schmitt uważał, że w sposób analogiczny do wyłonionych tutaj sprzeczności można definiować polityczność. Polityka polega mianowicie na rozróżnieniu i sporze między przyjacielem i wrogiem. W pewnym sensie tak rozumiana polityczność jest przedłużeniem wojny. Na wojnie wróg ma być przez nas zabity. Pojmowanie polityki przez Schmitta jest równie radykalne. Tutaj przeciwnika należy zwalczyć poprzez jego polityczną eksterminację. Ostatecznie filozof ten odwołuje się do idei wojny (trochę jak u Clausewitza) i powiada, że w polityczności nie można zapominać, że finalnym celem polityki jest właśnie eksterminacja wroga w sensie publicznym (a nie osobistym). Tutaj Schmitt odwołuje się do łacińskiego rozróżnienia między inimicos i hostis. Inimicos to jest wróg prywatny, a hostis to wróg publiczny. Ten wróg publiczny musi być postrzegany jako ktoś, kto zagraża naszemu sposobowi bycia. To, co się dzieje we współczesnych demokracjach nie odbiega daleko od prezentowanego schematu. Różne idee, np. liberalne, próbowały depolityzować politykę, czyli uznać, że można pozbawić politykę jądra konfliktu. Osobiście się z tym nie zgadzam i głoszę coś, co nazywam agonistyczną koncepcją polityki. W tej koncepcji wszystko może się stać polityką. Nawet Schmitt przyznaje, że chociaż polityka jest całkowicie autonomiczna, to jednak konflikty estetyczne, moralne lub ekonomiczne mogą się stać polityczne z chwilą, kiedy nasilenie owych konfliktów przekroczy pewną miarę. Słusznie powiedział pan Marcin, że sfery prywatne, dotychczas niepostrzegane jako polityczne, stały się polityczne z chwilą, kiedy kobiety uzyskały świadomość tego, jak bardzo są represjonowane przez system, i kiedy zaczęły domagać się swoich praw.

 

G. K.: Czy z niedookreśloności polityki i polityczności nie wynika pewne niebezpieczeństwo, które może się przejawiać np. w języku? Chodzi mi tutaj o częstą praktykę używania przymiotnika „polityczny” w celu zmodyfikowania znaczenia słowa albo wręcz unieważniania pierwotnych znaczeń słów. Zaopatrując słowa w przymiot „polityczności” można swobodnie stwarzać i nagłaśniać pozorne problemy albo nawet budować jakieś alternatywne rzeczywistości . W ten sposób zrodziła się na przykład plaga „korupcji politycznej”, okazało się, że istnieją „polityczni przyjaciele”, a ostatnio nawet rządzi nami „polityczny matrix”. Polityczny, czyli jaki?

 

Ł.M.: My chyba zbliżamy się do określenia polityczności i od tej niedookreśloności jednak uciekamy. W nawiązaniu do tego, co powiedział profesor Chmielewski, muszę powiedzieć, że bliskie jest mi pojmowanie polityczności jako sfery autonomicznej i to autonomicznej – co może zabrzmi trochę kontrowersyjnie – także względem sfery moralności. Ta polityczność stanowi zespół zjawisk związanych ze sporem, walką czy jakąś hegemonią, natomiast sfera moralności jest porządkiem, który może ale nie musi nakładać się na sferę polityczności. Oczywiście lepiej, żeby się nakładał. Terminy, które pan przytoczył stanowią pewien oręż walki politycznej. Chodzi o to, żeby takie sformułowania wbijały się w świadomość elektoratu i wywoływały jakiś efekt sondażowy, a raz na kilka lat także wyborczy. Znamienne jest tutaj pojęcie „korupcji politycznej”. Słuszne jest pytanie, czym się różni korupcja polityczna od zwykłej korupcji? Czy to coś zmienia? Chyba nie. Tutaj znowu odwołam się do polityczności rozumianej jako walka o władzę, autonomicznej względem sfery moralnej. Termin „korupcja polityczna” pojawił się w konkretnej sytuacji, w związku z tzw. taśmami Beger, na których widać było pewne rozmowy w stylu „coś za coś”. Według mnie to, co wtedy zobaczyliśmy nie było przypadkiem korupcyjnym, ale normalną polityką. To jest złe, brudne i wstrętne, ale to tak funkcjonuje i tak wygląda.

 

M.G.: Nie podzielam twoich obaw dotyczących określenia „polityczny”i tego że ono coś rozmywa czy unieważnia. Zdecydowanie więcej mam za to wątpliwości w stosunku do określenia „apolityczny”, które jest przecież stricte polityczne i ideologiczne. Odwołując się do stwierdzenia Edwarda Saida, że wszystko jest polityczne, musimy przyznać, że wszystko na stole, przy którym siedzimy, także jest polityką. Na przykład pijemy kawę, która jest zbierana przez małe dzieci za dolara dziennie, gdzieś tam w krajach biednego południa. Dieta jest także jakimś wyborem politycznym (będziemy jeść szynkę, czy nie?). Istnieje niebezpieczeństwo niedookreślenia pojęcia „polityki”, mimo wszystko jednak należy stosować je szeroko.

14.jpg

 

G.K.: Zatrzymajmy się na chwilę przy pojęciach „okołopolitycznych”. Michalina wspomniała już o apolityczności. W historii i filozofii polityki pojawiało się także określenie antypolityczność, jako coś przeciwstawiające się sporowi i konfrontacji, a ostatnio modne stało się rozprawianie o postpolityce i postpolityczności, jako nowej formie polityki, opartej na koncyliacji, ale też pewnym wyrachowaniu, czy nawet cynizmie. Czy owa postpolityczność jest odrzuceniem polityczności jako sfery ostrej walki odmiennych poglądów?

 

M.S.: Myślę, że to są takie słowa-wytrychy, które pozwalają na nowo zorganizować polityczność pod kątem kolejnej walki o władzę. Pojęcie „apolityczność” kojarzy mi się z nazwą pozbawioną desygnatu. Powiedziałbym wręcz, że jest to jakiś fantazmat postpolityczności. Jeśli postpolityka ma być nowym sposobem zarządzania rzeczywistością społeczną, w którym decydującą rolę przypisujemy ekspertom, to też możemy wysuwać pytania, jakie propozycje odnośnie zarządzania masami się wysuwa, jakie są priorytety i dlaczego właśnie takie a nie inne. Mimo wszystko ciągle pozostajemy w obszarze polityki i polityczności. Również apolityczność jest takim ideologicznym wytrychem, który ma niejako oczyścić ewentualne intencje, czy postrzeganie tych intencji. Natomiast co do antypolitycznośc to spotkałem się z występowaniem tego pojęcia w kontekście radykalnych ruchów wolnościowych, anarchistycznych. Na przykład na Marsz Równości w Poznaniu w 2005 r. przyszła grupa anarchistów z transparentem, na którym było napisane „Tolerancja: tak, polityka: nie”. Mam bardzo wiele sympatii do ruchów anarchistycznych, ale trochę mnie to rozśmieszyło, bo ten transparent był właśnie kwintesencją polityczności. Rozumiem, że w takim konkretnym przypadku „antypolityka” oznacza pewien sprzeciw wobec istniejącego modelu uprawiania polityki. Nawet pokusiłbym się tutaj – chociażby na użytek naszej rozmowy – o jakąś typologię polityki. Można by wyróżnić politykę establishmentową, reprezentowaną przez panów w garniturach, zasiadających w różnych instytucjach, oraz politykę rozumianą bardzo szeroko, gdzie możemy sobie dookreślić pewne obszary zaangażowania obywatelskiego, które wyraźnie wyłamuje się z establishmentowego schematu.

 

A.Ch.: Chciałbym jeszcze nawiązać do kwestii apolityczności. Zauważcie państwo, że ten przymiotnik pojawia się często w ustach zarówno osób aktualnie sprawujących władzę, jak i ludzi z opozycji. Opozycja często wrzeszczy, że tego urzędnika czy ministra należy zdymisjonować, ponieważ nie jest apolityczny, to znaczy służy własnej partii, a nie tzw. dobru wspólnemu, które często jest przywoływane w tym kontekście. Natomiast rządząca obecnie partia, nominując kogoś, kto jest zazwyczaj jednoznacznie postrzegany jako osoba upolityczniona, zachwala go jako osobę apolityczną, zdolną do troski o dobro wspólne, bez względu na interes partii. To wywołuje oczywiście masę różnych problemów. Na przykład mieliśmy przypadek byłego prezydenta Litwy, Paksasa, który, jak się okazało, był przekupiony i siedział w kieszeni jakiegoś rosyjskiego biznesmena. Skończyło się to jego zdymisjonowaniem przez parlament, który wystąpił tym samym w imię troski o dobro narodowe. Zauważcie, że te same techniki stosuje w Polsce PiS, który linią swojego politycznego postępowania uczynił rzucanie oskarżeń wobec wszystkich innych o to, że są agentami obcych sił. Mamy również casus polityki w USA, gdzie głosi się troskę o wartości liberalne, demokratyczne i szerzy się je w sposób misjonarski, czy wręcz krucjatowy na całym świecie. A zarazem okazuje się, że prezydent Bush znajduje się w bardzo podobnej sytuacji, jak prezydent Paksas na Litwie, ponieważ siedzi w kieszeni koncernu Halliburton, który oczywiście jako pierwszy zyskał dużo ogromne kontrakty na wojnie w Iraku. Awantura iracka zapowiadała się jako katastrofa, była katastrofą i kończy się jako katastrofa. Wiadomo było jednak, że na tej wojnie zyska ktoś bardzo konkretny. W kilka miesięcy po zakończeniu kampanii wojennej w Iraku Halliburton uzyskał kontrakty na kilka miliardów dolarów. A przecież wiadomo, że przez kilka lat prezesem tego koncernu był wiceprezydent Dick Chenney. Tak więc oczekiwania i hasła o apolityczności, jakie kierujemy do ludzi sprawujących władzę, często okazują się zwykłą fikcją.

 

M.S. : Jeszcze jedną rzecz chciałbym dorzucić do tematu apolityczności. Patrzę na to z perspektywy oddolnych ruchów społecznych, które często generują dyskurs antysystemowy. Wiele tych ruchów działa poprzez różnego rodzaju organizacje pozarządowe. Dla tych organizacji obowiązek apolityczności wywołuje jakiś skutek ujarzmiający. Na przykład weźmy organizacje pozarządowe, które stawiają sobie dalekosiężne cele w zakresie przeobrażania struktur społecznych albo polityki socjalnej. Otóż one często deklarują apolityczność albo są zmuszane do takich deklaracji przez system finansowania ze strony instytucji państwowych. To ujarzmienie polega na samoograniczeniu się. Coś, co potencjalnie mogłoby przerodzić się w bardziej otwarty konflikt polityczny i usytuować nas w agonistycznej przestrzeni uprawiania polityki, jest hamowane przez nakaz apolityczności. Na pewno bardziej uczciwe i bliższe realności byłoby dla tych organizacji stosowanie kryterium apartyjności i uznawanie ich deklaracji jako odcięcia się od instytucji i oficjalnej polityki.

156.jpg

 

Ł.M.: W tym, co opisałeś najlepiej wyraża konflikt między politycznością szeroko rozumianą, czy wręcz wszechogarniającą, a tą politycznością zinstytucjonalizowaną. Ale z tej naszej próby definicji wynika jednak, że polityka to jest jakaś jedna sfera, w której funkcjonują pewne niuanse wewnętrzne. Świetnie rozumiem ten transparent anarchistów, o którym wspomniałeś, bo oni nawiązują właśnie do takiego wewnętrznego wyodrębnienia w polityce: my, owszem, jesteśmy polityczni, ale w tym szlachetnym sensie i poza instytucjami, partiami, establishmentem, czyli poza systemem.

Ciąg dalszy.

 

 

Uczestnicy dyskusji:

 

Adam J. Chmielewski: profesor zwyczajny w Instytucie Filozofii Uniwersytetu Wrocławskiego, działacz społeczny i publicysta polityczny. Studiował filozofię we Wrocławiu, Oxfordzie i Nowym Jorku. Jest autorem kilku książek, z których najnowsza to Dwie koncepcje jedności (2006) oraz licznych przekładów filozoficznych z języka angielskiego. Redaktor naczelny „Studia Philosophica Wratislaviensia” oraz członek rad redakcyjnych polskich i zagranicznych pism filozoficznych. Strona domowa: www.chmielewski.uni.wroc.pl.

 

Michalina Golinczak: studiuje kulturoznawstwo na UWr, współredaguje „Recykling Idei – pismo społecznie zaangażowane” oraz współtworzy „Altergodzinę” – audycję w Akademickim Radiu LUZ.

 

Łukasz Medeksza: dziennikarz, publicysta, maniak mediów internetowych. Prowadzi serwisy internetowe Polskiego Radia Wrocław (www.prw.pl) i Radia RAM (www.radioram.pl). Pisze komentarze polityczne dla Pardon.pl. Współtwórca bloga Piąta Władza. Wcześniej związany z dolnośląską prasą, był m.in. zastępcą redaktora naczelnego tygodnika „Panorama Dolnośląska”. Studiował kulturoznawstwo na Uniwersytecie Wrocławskim.

 

Marcin Starnawski: socjolog, nauczyciel akademicki, publicysta, tłumacz; współredaktor czasopisma „Recykling Idei” oraz audycji radiowej „Altergodzina” w Akademickim Radiu LUZ.

 

Grzegorz Kosiorowski (moderator): absolwent prawa i dziennikarstwa na Uniwersytecie Wrocławskim. Obecnie jest aplikantem radcowskim i doktorantem na Wydziale Prawa, Administracji i Ekonomii. Dziennikarz Portalu Kulturalnego G-punkt.pl.

 

Zdjęcia: Paweł Krzemiński

 

Śniadania Mistrzów to poranne sesje dyskusyjne, na których degustowane są najważniejsze zjawiska współczesnej kultury i sztuki. Oprócz zagadnień regularnie wypływających w publicznej debacie na temat kultury, poruszane są także wątki niesłusznie spychane na jej margines albo te, które z różnych wstydliwych względów nie dostają się nawet w jej obręb.


Partnerzy “Śniadań mistrzów”:

mleczarnia_logo.jpg

ar_luz.gif

Nieregularnik literacko-artystyczny Rita Baum



Advertisements

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: