Gpunkt.pl

Freestyle o kulturze

Śniadanie Mistrzów: Wszystko jest polityką cz. II

leave a comment »

071.jpg

Polityka często wyraża się w naszej mowie, wyglądzie, codziennym zachowaniu. Wybór towaru w sklepie może być wyborem politycznym. Produkty, które spożywamy bądź których unikamy, mogą wskazywać na nasze poglądy. Obecność albo nieobecność w danym miejscu o określonej godzinie w obu przypadkach może stanowić polityczny manifest. Przekonują nas o tym uczestnicy ostatniej dyskusji z cyklu „Śniadania Mistrzów”: prof. Adam Chmielewski, Michalina Golinczak, Łukasz Medeksza oraz Marcin Starnawski. Przedstawiamy drugą część rozmowy zarejestrowanej przy niedzielnym śniadaniu w klubokawiarni „Mleczarnia”.

Czytaj pierwszą część dyskusji.

G.K.: W jakim stopniu siła rażenia polityki tkwi w potencjale i ekspansywności jej języka? Wydaje się, że polityka nie pozostawia nikogo obojętnym właśnie ze względu na konfrontacyjny charakter języka. Każdy przecież musiał zająć jakieś stanowisko wobec takich określeń jak „łże-elity”, „wykształciuchy”, „dyplomatołki”, „psucie państwa”, „pretorianie”, „układ”, „bure suki”, „kamasze”, „oczywiste oczywistości” czy wiele innych.

A.Ch.: Spora część winy za tą słowotwórczość albo za to, że pojawia się taki bodziec do słowotwórstwa we współczesnej polityce, spada na media. Ludzie na widok kamery zaczynają głupieć i mówić nieswoim językiem. Sławny filozof Charles Taylor przeprowadził podobno taki eksperyment. Zaprosił do dyskusji na temat aborcji pewnych aktywistów opowiadających się za i przeciw aborcji. Ta dyskusja odbywała się przed kamerą. Oczywiście ze względu na kamerę oni wygadywali różne radykalne rzeczy. Następnie Taylor zmienił trochę warunki debaty i zaprosił tych samych uczestników do rozmowy w miejscu oddalonym od kamer i publiczności, na naukowe seminarium. Okazało się, że radykalizm obydwu stron zniknął, ludzie zaczęli się dogadywać, wysłuchiwać i rozumieć swoje racje. Jakaś płaszczyzna porozumienia jednak zaistniała. Świetnym przykładem może być tutaj program „Szkło kontaktowe”. Przecież aby się pojawić w „Szkle”, trzeba naopowiadać jakichś głupich rzeczy. Ale to nie wyjaśnia całego problemu. Były premier Kaczyński ma szczególną predylekcję do tworzenia różnego rodzaju chwytliwych słów i kategorii, które następnie z lubością są amplifikowane przez media. Poprzez tę amplifikację te dziwaczne słowa stają się pewnymi sposobami myślenia, podchwytywanymi przez nas wszystkich – w sposób pozytywny lub negatywny. Moim zdaniem, poszerzenie obszaru polityczności albo poszerzenie agory za pomocą mediów, dzięki czemu można mówić do znacznie większej liczny ludzi, jest czynnikiem silnie napędzającym słowotwórstwo. To wywołuje ten negatywny skutek, że polityka przestaje być rywalizacją na odpowiedzialne wizje i staje się zachętą do nieodpowiedzialnego słowotwórstwa, które ma na celu zwykle walkę o władzę. Zauważcie, że znacznie więcej energii angażuje się w sformułowanie atrakcyjnego hasełka, które przemówi lub nie przemówi do ludzi, niż w programy i konkretne projekty, które powinny być następnie realizowane. Widać to było wówczas, kiedy poprzednio rządząca partia doszła do władzy. Nagle się okazało, że teczki, które miały być pełne gotowych projektów ustaw, są puste. Ale tak samo stało się też z obecną partią. Dzisiaj okazuje się, że parlament nie ma nad czym debatować, bo niewiele projektów zostało wcześniej przygotowanych. Politycy koncentrują się bowiem głównie na to na tym, jak zaistnieć w mediach, jak dac się zauważyć.

M.S.: Jeśli mowa o politycznym słowotwórstwie, to warto zapytać nie tylko, kto mówi, ale też do kogo mówi. Mam do was pytanie, drodzy rozmówcy. Czy czuliście się urażeni, kiedy w obiegu dyskursywnym pojawiło się pojęcie „wykształciuchy”?

Ł.M.: Odniosłem wrażenie, że wprowadzenie tego słowa do obiegu publicznego sprowokowało jakąś dyskusję o polskiej inteligencji. Czyli o tym, kto jest inteligentem, według jakich kryteriów zaliczamy się do inteligencji itd. Co ciekawe, słowo „wykształciuchy” zostało wprowadzone i nagłośnione przez Ludwika Dorna, który ma wyższe wykształcenie, jest socjologiem, a w dodatku poetą i tłumaczem. Także szefostwo PiS to ludzie z wyższym wykształceniem, obecny prezydent jest profesorem prawa. I teraz pytanie, co tu robi określenie „wykształciuchy”? Do kogo jest kierowane?

M.S.: To jest dobre pytanie. Dziwiła mnie reakcja inteligencji na to słowo, bo przecież to nie do niej było ono kierowane. Funkcja takich wyrażeń jest czysto populistyczna. One mają interpelować nie do tych, którzy zostają w określony sposób nazwani, ale do tych, którzy czują jakąś różnicę względem tych nazwanych. To jest typowo populistyczna strategia: wyznaczyć pewną linię podziału, znaleźć jakiegoś kozła ofiarnego i obarczyć go winą za to, że dzieje się źle, że istnieją takie czy inne przepaści społeczne, i w ten sposób skanalizować społeczne frustracje. Zresztą w 2005 roku to się znakomicie Prawu i Sprawiedliwości udało.

Łukasz Medeksza, Grzegorz Kosiorowski

A.Ch.: A czy ktoś z was podejmie się analizy „kamaszy”, również autorstwa Ludwika Dorna? Dla mnie wyrażenie „wziąć kogoś w kamasze” zawsze było trochę knajackie, uczniackie. Człowiek, który zbliżał się do matury, uczył się jak wariat, żeby go nie wzięli w kamasze. To funkcjonowało na tym poziomie. I oto wykształcony człowiek, socjolog i czołowy ideolog formacji rządzącej, proponuje nam taki język. Innowacyjność tego użycia polegała na przejęciu pewnych kategorii, które przypisane są do określonych osób – w tym przypadku poborowych lub potencjalnych poborowych, i uczynieniu z nich nowej kategorii politycznej.

Ł.M.: A propos „kamaszy” chciałbym zwrócić uwagę, jak wielką zdolność w tworzeniu tego typu haseł, fraz czy neologizmów ma PiS, a jak słabo w zestawieniu z nim wypadają inne duże ugrupowania. Rok po słynnych „kamaszach” rząd Platformy znalazł się w niemal identycznej sytuacji, z ogólnopolskim buntem lekarzy na pokładzie. I też pogroził im palcem dając do zrozumienia, że jak dalej będą się buntować, to pomyśli o zakazie łączenia pracy w gabinetach prywatnych z pracą w publicznej służbie zdrowia. Tylko że to się prawie w ogóle nie przebiło do mediów.

A.Ch.: Ale była też marchewka: będziecie zarabiać po 11 tysięcy złotych!

Ł.M.: Ale był też drugi kij: sprawdzimy, ile naprawdę zarabiają lekarze. I bardzo ciekawe jest to, że te informacje nie przebiły się w mediach. Tymczasem my cały czas rozmawiamy o „kamaszach” Dorna, które padły za czasów poprzedniego rządu, bo to zostało w naszych głowach.


G.K.: Zastanawiam się, czy nasz odbiór języka polityki nie jest jakimś przejawem dobrodusznego, i trochę powierzchownego, myślenia o polityce i polityczności. Przecież politycy zupełnie celowo mogą wykorzystywać ludzką wrażliwość na słowa czy wyrażenia, by zapalać kolejne ogniska sporów, kiedy jest to dla nich wygodne, i w ten sposób odwracać naszą uwagę od rzeczy naprawdę istotnych. Czy traktując zbyt poważnie język polityków, służący przecież politycznemu teatrowi, nie okazujemy się czasem zbyt naiwni w pojmowaniu polityczności i przez to nie ulegamy jakiejś przemyślnej manipulacji?

M.S.: To, że inteligencja w Polsce przejęła się „wykształciuchami”, jest dowodem takiej naiwności. Bo przecież nie w określeniu tkwi sedno problemu.

Ł.M.: Mówimy tutaj o warstwie frazeologii politycznej, która łączy się ściśle z marketingiem politycznym. Rzeczywiście ulegamy pozorom, ale zarówno tym negatywnym, jak i pozytywnym. Docierają do nas zarówno hasła o „braniu w kamasze” i rozliczeniach, jak i kreacje pozytywnego wizerunku polityków. Tutaj podam przykład wiele mówiący o polskiej polityce, moim zdaniem kapitalny. Otóż zdaniem Polaków, jak wynika z lutowego sondażu Pentora dla „Wprost”, najlepszym premierem w III RP był Kazimierz Marcinkiewicz. Tymczasem jednym z koronnych argumentów przeciwko PiS jest wypominanie tej partii jej obietnicy zbudowania trzech milionów mieszkań. A przecież tę obietnicę firmował swoim nazwiskiem nie kto inny tylko Kazimierz Marcinkiewicz, który później poparł Platformę Obywatelską. Istnieje całkowita rozbieżność między dzisiejszym medialnym funkcjonowaniem nazwiska „Marcinkiewicz”, a tym, co on sam firmował jako swój projekt.

A.Ch.: Chciałbym się odnieść do tego, co zostało wcześniej powiedziane, że PiS był generatorem tych wszystkich fajerwerków werbalnych czy terminologicznych, podczas gdy Platforma nie daje nam na tym polu szczególnej satysfakcji. Myślę, że na tym właśnie polega fundamentalna różnica między formacją Kaczyńskich a ugrupowaniem Tuska. Zauważcie, że popularność, jaką się cieszy Platforma, dwukrotnie przewyższająca popularność PiS, bierze się także stąd, że obecna władza nie koncentruje się na puszczaniu pary w gwizdek. Bo te trzy miliony mieszkań, różne „wykształciuchy” i inne kategorie, które definiowały rozliczeniowość tamtej polityki, nie były niczym innym jak tylko negatywnym programem przemian. Pozytywne rzeczy same się zrobią, kiedy my wyeliminujemy te negatywne. Natomiast Tusk nie podejmuje rozliczeniowych tematów, może poza sprawami korupcyjnymi, co czyni Pitera, zresztą bardzo nieudolnie. Krótko mówiąc – Tusk nie puszcza pary w gwizdek, co było często praktyką dotychczasowych rządów.

G.K.: W stosunku do Donalda Tuska formułuje się ostatnio sporo ciekawych diagnoz, które generalnie określają tego polityka jako „człowieka bez właściwości”. W tym kontekście często pojawia się pojęcie postpolityki. Obecna władza ma mieć charakter pospolityczny. Oto wyszliśmy wreszcie z okresu sporów, oskarżeń i ciągłych konfrontacji, nastał błogi spokój. I nagle, paradoksalnie, ujawnia się jakaś dziwna tęsknota Polaków za gorącymi czasami konfrontacji. Ostatnie lata intensywnych rządów PiS nauczyły nas, że prawdziwa polityka polega na starciach i ostrych kłótniach, dlatego dzisiaj zaczyna nam brakować tamtych wrażeń. To przypomina trochę sytuację człowieka uzależnionego. Można tutaj przywołać symptomatyczną i mocno przemawiającą do wyobraźni wypowiedź Jacka Żakowskiego w „Polityce”: „Po IV RP jesteśmy jak erotoman, który tak długo wgapiał się w pornole, że go już normalny seks nie rusza. Seksuolodzy nazywają to podniesieniem progu pobudzenia. Po czterech latach nieprzerwanego seansu politycznych pornoli normalna polityka stała się zbyt lajtowa, żeby wywołać emocje”.

A.Ch.: Ja akceptuję diagnozę Żakowskiego, bo rzeczywiście do tego przyzwyczaiła nas poprzednia ekipa rządząca. Ale kiedy rządził Kaczyński, to czy ktokolwiek strajkował poza pielęgniarkami? Nie było żadnych strajków, bo ludzie mieli głębokie przekonanie, że od tego rządu nie można się niczego spodziewać. Władza skoncentrowała się na czymś innym, dlatego nie mogła być źródłem żadnych pozytywnych ruchów w kierunku bardziej sprawiedliwego dystrybuowania wytwarzanych dóbr. Kiedy władzę objął Tusk, nagle posypały się strajki wszelkich możliwych grup społecznych lub zawodowych. Ludzie zrozumieli, że oto przyszli ludzie, którzy prezentowali się jako odpowiedzialni i którzy wreszcie mogą coś dać.

Adam Chmielewski, Michalina Golinczak

G.K.: Mówi pan: „prezentowali się jako odpowiedzialni”. A może należy powiedzieć inaczej: „byli prezentowani”. Wspomniał pan wcześniej o mediach. Można z tej wypowiedzi odczytać ogólną tezę, że media zdemoralizowały politykę, ale też zdemoralizowały nasz odbiór polityki i polityczności. To przez media odbieramy politykę bardzo powierzchownie, nasze emocje angażują nie poważne wypowiedzi polityków, ale ich tanie chwyty „pod publikę”. Istota rzeczy gdzieś umyka, bo najważniejszy i tak okazuje się efekt i wrażenie. W jakim stopniu można winić media za takie negatywne procesy?

Ł.M.: Odpowiem pytaniem na pytanie. Gdzie się zaczyna i gdzie kończy świat mediów? Żyjemy w tak szczęśliwych czasach, z czego zresztą ogromnie się cieszę, że samo rozumienie mediów zaczyna się mocno rozmywać. Również dzięki powszechnemu dostępowi do internetu. Doszliśmy do stanu, który pewien amerykański publicysta określił chwytliwa frazą „we the media”. Z kolei pewien amerykański radykał rozpropagował podobne hasło: „Don’t hate the media. Become the media”. Czyli my, obywatele, zwykli ludzie, zaczynamy być mediami. Staram się unikać oskarżycielskich gestów wobec mediów rozumianych jako wąska grupa korporacyjnych tytułów czy stacji telewizyjnych, bo kanały komunikacji stają się tak liczne i bogate, że spokojnie można omijać te tradycyjnie rozumiane media, i czerpać informację z własnych źródeł. Wielkie tytuły i stacje telewizyjne czy radiowe generują pewien typ przekazu, który wynika z brutalnych realiów rynku. Media muszą zarabiać, a żeby zarobić, trzeba przyciągać ludzi. Temu przyciąganiu mają służyć wszelkie treści, także polityczne, pokazane w sposób tak chwytliwy, żeby ci ludzie przed telewizorami patrzyli zachwyceni. Mamy tutaj do czynienia po prostu z szołbiznesem, a nie z przekazem informacji czy publicystyki. Wszystkie dzisiejsze „duże” media są stabloidyzowane, przy czym istnieją różne stopnie tej tabloidyzacji.

M. S.: Rozumiem, Łukaszu, tę twoją ostrożność, ale jeśli mówimy o jakimś cynicznym uwikłaniu mediów, to warto przywołać jedną z centralnych kategorii agonistycznego pojmowania polityczności, czyli kategorię interesu politycznego (lub społecznego). Nie mogę oprzeć się wrażeniu, że w media głównego nurtu mocno wykrzywiają obraz konfliktów społecznych. Podam stosunkowo świeży przykład: strajk górników w kopani Budryk. Relacje telewizyjne z tego strajku to był bardzo spaczony przekaz. Najpierw widziałem materiał o tym, jak żony górników pojechały do Warszawy, żeby tam walczyć, a potem był krótki reportaż na temat związku „Sierpień ‘80”, który stał za strajkiem. To był obrzydliwy i kłamliwy materiał, bo niezwykle stronniczo przedstawiał ten konflikt. Mam wrażenie, że media głównego nurtu bardzo jednostronnie reprezentują pewien interes społeczny. By być bardziej precyzyjnym: chodzi o interes klasowy elit kapitalizmu i o umniejszanie znaczenia walki organizacji związkowych czy ruchów społecznych przeciwko wyzyskowi czy o warunki zatrudnienia.

Ł.M.: Ciekaw jestem, jak ten związek zawodowy byłby w mediach przedstawiany, gdyby ta sama sytuacja miała miejsce za rządów PiS. Śmiem przypuszczać, że buntujący się przeciwko PiS-owskiej władzy związkowcy byliby wychwalani przez znaczną część mainstreamowych mediów.


G.K.: Pozostańmy jeszcze przy zarzucie stronniczości prasy. Ostatnie lata ujawniły pewien charakterystyczny, oczywiście umowny, podział wśród mediów głównego nurtu. Z jednej strony mieliśmy „Gazetę Wyborczą”, „Politykę” i cały nurt lewicowo-liberalny, centrum zagospodarował „Dziennik” i może „Newsweek”, natomiast prawicowo-konserwatywną flankę zajęła „Rzeczpospolita”, a także „Wprost”. To zróżnicowanie ideologiczne nakręcało spór światopoglądowy w obrębie mediów. Chciałbym się państwa zapytać, czy ta wielość i różnorodność mediów, jaką mogliśmy zaobserwować w praktyce, niwelowała tendencyjność i silne zaangażowanie gazet i telewizji w politykę? Na tyle, aby żadna z wizji światopoglądowych nie była w odbiorze społecznym dyskryminowana?

M.S.: Nie zgodzę się z tym, że wśród mediów mainstreamowych mamy taki wachlarz od lewa do prawa. Nie mówię tutaj o internetowych portalach lewicowych czy prawicowych, gdzie silnie prezentowane są jasno zdefiniowane poglądy. Nie wiem, czy „Gazeta Wyborcza” jest medium lewicowo-liberalnym. W pewnych kwestiach na pewno, ale w innych już nie. Nawet „Trybuna”, która dziś jest uznawana za jedyny dziennik lewicowy w Polsce, nieraz odbiega od lewicowości. Pamiętam, na przykład, że w 2003 roku, kiedy kształtowało się polskie stanowisko wobec wojny w Iraku, wszystkie media, łącznie z „Trybuną” zajęły stanowisko prorządowe. Taki był dominujący dyskurs o tamtej wojnie generowany przez media głównego nurtu. Pamiętam, że w „Gazecie Wyborczej” w marcu lub kwietniu 2003 r. pojawił się tekst Jacka Kuronia, w którym opowiadał się on przeciwko wojnie w Iraku, ale zaraz obok umieszczono tekst Adama Michnika, zdecydowanie opowiadający się za interwencją, niejako wręcz prostujący rzekomy idealizm Kuronia.

A.Ch.: Podejrzewam, że Adam Michnik odegrał dosyć znaczącą rolę w formowaniu ostatecznej decyzji polskich władz o zaangażowaniu się w Iraku. Kiedyś Michnik opowiadał mi, że spotkał się swego czasu prywatnie z Joschką Fischerem i powiedział mu, jakie będzie stanowisko Polski w sprawie wojny w Iraku. Moim zdaniem, biorąc pod uwagę, że Michnik miał na telefon Millera czy Kwaśniewskiego, można przyjąć, że odegrał ogromną rolę w podejmowaniu tej decyzji. Ale wróćmy do mediów. Zgadzam się, że zróżnicowanie prasy w Polsce jest dosyć wąskie. Choć nie wymienił pan tygodnika, który wciąż ma silne aspiracje lewicowe, a mianowicie „Przeglądu”. Nasze media są stadne. To oznacza, że bez względu na utarte, ideologiczne podziały między nimi, o których pan wspomniał, w istocie podejmują te same tematy. Dziennikarze, którzy mają lepszy dostęp do rządu czy do służb wrzucają, takie tematy i one są podchwytywane przez pozostałe media. Wbrew prawicowemu stereotypowi kręgosłup ideologiczny „Gazety Wyborczej” jest dla mnie niejasny. Z jednej strony mamy Leszczyńskiego, z drugiej Domosławskiego, a z trzeciej Gadomskiego. Przez to „Gazeta” staje się możliwie najbardziej inkluzywnym forum dyskusji toczących się w ramach różnych redakcji. Ale kiedy próbuję czytać „Gazetę” z perspektywy narzuconej przez prawicowych radykałów, jak np. Wildstein, że to jest agit-propka formacji lewicowo-liberalnej, zupełnie takich elementów nie dostrzegam. Dzięki wewnętrznemu zróżnicowaniu w redakcji następuje jednak jakieś światopoglądowe rozmycie.

Ł.M.: Ja bym chciał tutaj zaapelować, panie profesorze, abyśmy nie mówili o media per „oni”, ale per „my”. Świadomie lansuję pogląd, że przecież nie jesteśmy skazani na przekaz płynący z głównych mediów, kilku tytułów i kilku stacji telewizyjnych. Ilość kanałów komunikacyjnych, np. dzięki internetowi, systematycznie rośnie. Oby tylko za tą ilością podążała jakość.

Mleczarnia

M.S.: Tutaj pojawia się jeszcze kwestia dostępności do nowych mediów. Nawet jeśli sytuacja na tym polu trochę się ostatnio poprawiła, to jednak pesymistycznie trzeba spoglądać na problem selekcjonowania informacji przez ludzi. Z tym chyba są duże problemy.

A.Ch.: Internet jest bardziej o wiele wymagającym medium. Przed telewizorem siadasz na fotelu, z piwem lub z herbatą, i po prostu się gapisz. Twoja aktywność intelektualna może być niska. Bardziej wymagającym medium jest gazeta, książka, czy nawet radio. W przypadku internetu samo szukanie określonej, ciekawej strony jest czynnością wymagającą jakiegoś wysiłku. Osobiście, z pewną ulgą uciekam do portali zagranicznych, których wielką zaletą jest to, że wolne są od zacietrzewienia i hucpiarstwa medialnego, jaki można zaobserwować na naszych portalach. Chciałbym jeszcze powiedzieć kilka słów o interpasywności. Wizja człowieka jako zaangażowanego obywatela, jest wizją interaktywną. Coś cię poruszyło, zdenerwowałeś się, reprezentujesz inny pogląd – masz demokratyczne forum, na którym piszesz, jesteś słyszalny i może wpływasz na czyjąś decyzję. Ale, paradoksalnie, dzięki mediom ludzka aktywność obniża się, bo funkcjonuje mechanizm interpasywności. Oto nagle pojawił się polityk, który podjudza, wytwarza uczucie nienawiści, takie samo, jakie ja czuję. Ale ja pozwalam, żeby ten polityk nienawidził za mnie, spokojnie pozostaję w swoim fotelu. Media wykonują różne czynności za ludzi. Myślą za nich, komentują za nich, często nawet decydują za nich. Z tego powodu ludzie nie czują się zmotywowani do działania. Media głównego nurtu, o których była tutaj mowa, wypierają aktywność obywatelską i partycypacyjną obywateli, którą właściwie powinny wspierać.

Czytaj trzecią część dyskusji

Uczestnicy dyskusji:

Adam J. Chmielewski: profesor zwyczajny w Instytucie Filozofii Uniwersytetu Wrocławskiego, działacz społeczny i publicysta polityczny. Studiował filozofię we Wrocławiu, Oxfordzie i Nowym Jorku. Jest autorem kilku książek, z których najnowsza to Dwie koncepcje jedności (2006) oraz licznych przekładów filozoficznych z języka angielskiego. Redaktor naczelny “Studia Philosophica Wratislaviensia” oraz członek rad redakcyjnych polskich i zagranicznych pism filozoficznych. Strona domowa: www.chmielewski.uni.wroc.pl.

Michalina Golinczak: studiuje kulturoznawstwo na UWr, współredaguje “Recykling Idei – pismo społecznie zaangażowane” oraz współtworzy “Altergodzinę” – audycję w Akademickim Radiu LUZ.

Łukasz Medeksza: dziennikarz, publicysta, maniak mediów internetowych. Prowadzi serwisy internetowe Polskiego Radia Wrocław (www.prw.pl) i Radia RAM (www.radioram.pl). Pisze komentarze polityczne dla Pardon.pl. Współtwórca bloga Piąta Władza. Wcześniej związany z dolnośląską prasą, był m.in. zastępcą redaktora naczelnego tygodnika “Panorama Dolnośląska”. Studiował kulturoznawstwo na Uniwersytecie Wrocławskim.

Marcin Starnawski: socjolog, nauczyciel akademicki, publicysta, tłumacz; współredaktor czasopisma “Recykling Idei” oraz audycji radiowej “Altergodzina” w Akademickim Radiu LUZ.

Grzegorz Kosiorowski (moderator): absolwent prawa i dziennikarstwa na Uniwersytecie Wrocławskim. Obecnie jest aplikantem radcowskim i doktorantem na Wydziale Prawa, Administracji i Ekonomii. Dziennikarz Portalu Kulturalnego G-punkt.pl.

Zdjęcia: Paweł Krzemiński

Śniadania Mistrzów to poranne sesje dyskusyjne, na których degustowane są najważniejsze zjawiska współczesnej kultury i sztuki. Oprócz zagadnień regularnie wypływających w publicznej debacie na temat kultury, poruszane są także wątki niesłusznie spychane na jej margines albo te, które z różnych wstydliwych względów nie dostają się nawet w jej obręb.


Partnerzy “Śniadań mistrzów”:

mleczarnia_logo.jpg

ar_luz.gif

Nieregularnik literacko-artystyczny Rita Baum
Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: