Gpunkt.pl

Freestyle o kulturze

Śniadanie Mistrzów: Wszystko jest polityką cz. III

leave a comment »

O wszechobecności polityki w mediach nie trzeba nikogo przekonywać, jednak istnieje wiele mniej oczywistych środków przekazu, które nigdy apolitycznymi nie będą. Obrazy, filmy lub książki, chociaż stronią od jawnych światopoglądowych deklaracji, wytrącają nas z obojętności, każą konfrontować wrażenia i polaryzują poglądy, i tym samym organizują kolejne obszary polityczności. Jeśli odstąpimy od utartych wyobrażeń o polityce, może się okazać, że wszystko wokół nas jest polityką, o czym przekonują uczestnicy ostatniej dyskusji z cyklu „Śniadania Mistrzów”: prof. Adam Chmielewski, Michalina Golinczak, Łukasz Medeksza oraz Marcin Starnawski. Przedstawiamy trzecią część rozmowy zarejestrowanej przy niedzielnym śniadaniu w klubokawiarni „Mleczarnia”.

Czytaj pierwszą część dyskusji

Czytaj drugą część dyskusji

G.K.: Wniknięcie w strukturę światopoglądową konkretnej gazety czy stacji rzeczywiście może pokazać, że ich linie ideologiczne są bardziej zawiłe, niż nam się wydawało. Ale jak to się stało, że w ciągu ostatnich kilku lat papierkiem lakmusowym ukierunkowania danego medium na scenie politycznej był jego stosunek do rządu Kaczyńskiego? Pogląd na temat działań rządu, krytyczny lub aprobujący, tak naprawdę wyznaczał główną linię podziału między mediami, i określał, które medium jest prawicowe, konserwatywne, a które lewicowe, liberalne. Trudno było natomiast odnaleźć jakiś wyrazisty środek. Może to głośne opowiedzenie się gazet po określonych stronach politycznej barykady spowodowało ucieczkę ludzi indywidualną aktywność publicystyczną. Dzięki temu rozwinęły się liczne blogi i fora polityczne.

Ł.M.: Moim zdaniem, ta aktywność wynika z innych przesłanek, przede wszystkim z rozwoju technologii. Blogi stały się w pewnym momencie bardzo modne. W Polsce zjawisko blogowania na wielką skalę wylansowała „Gazeta Wyborcza” tekstem Leszka Talki w 2001 roku. To nie jest efekt zawirowań politycznych ostatnich lat. Postawiłbym tutaj raczej inne pytania. Po pierwsze, czy ta ilość przerodzi się w końcu w jakość i czy takie oddolne działania medialne (albo paramedialne) będą w stanie realnie konkurować z mediami mainstreamowymi? Drugie pytanie dotyczy siły oddziaływania mediów internetowych na świat polityki instytucjonalnej. Na przykład, wyrazisty charakter blogosfery politycznej w Stanach Zjednoczonych ujawnił się nie wtedy, gdy blogerzy zaczęli być zapraszani na równych prawach, jak zwykli dziennikarze, na różne konwencje partyjne czy eventy, ale wtedy, gdy za pomocą agitacji w blogach udało się zebrać znaczącą sumę pieniędzy na rzecz jednego z kandydatów startujących w prawyborach na prezydenta USA. Wtedy okazało się, że blogi mają niesamowitą siłę przebicia. W Polsce polityczne blogi jeszcze nie przeszły takiej próby.

M.S.: Warto by się przyjrzeć bliżej treściom, jakie są obecne na polskich blogach czy forach. Może te treści po prostu odzwierciedlają tylko to, co pojawia się w mediach głównego nurtu. Dominantą myślenia o polityce chyba wciąż pozostaje postrzeganie jej w kategoriach instytucjonalnych.

A.Ch.: Nie ma się co dziwić. Wszyscy obserwujemy, jak poszczególne ekipy przychodzą, dostają potężne instrumenty władzy instytucjonalnej i wchodzą z butami w nasze życie. Ludzie pragną, aby władza zaczęła zachowywać się odpowiedzialnie i przyzwoicie. Dlatego polityka tak mocno ich ekscytuje. Przecież nie chcemy, żeby ten czy inny wariat z marnym tytułem do sprawowania władzy zajmował się reorganizacją naszego szkolnictwa. To bardzo emocjonuje, niezdrowo pobudza nasze nerwy, ale także pobudza aktywność protestacyjną. Gorzej jest z demonstracjami, na przykład takimi, jakie usiłował robić pan Marcin. Wy uprawialiście propagandę antywojenną, ale skończyło się to tym, że po pierwsze, niewielu ludzi przychodziło na te manifestacje, a po drugie, zostaliście osądzeni zaocznie i skazani na grzywnę.

M.S.: Ostatecznie wszyscy zostali ostatecznie uniewinnieni, po półrocznym procesie w sądzie grodzkim. Swoją drogą trzy lata temu napisałem do „Recyklingu Idei” artykuł, w którym próbowałem odpowiedzieć dlaczego w Polsce, inaczej niż w innych krajach europejskich, ruch antywojenny był taki słaby. W Hiszpanii na ulicę wychodziło podobno 90% studentów. W Londynie największe demonstracje przyciągały ponad milion ludzi. Podobnie było we Włoszech czy w Stanach Zjednoczonych. Przyczyn słabości polskiego ruchu na pewno jest kilka. Moim zdaniem, jednym z kluczowych czynników demobilizujących obywatelską aktywność protestacyjną, były jednak media. Jeśli natomiast mówimy o tym papierku lakmusowym, czyli stosunku do rządu i do polityki bieżącej, to może rzeczywiście wiąże się to, jak powiedział Łukasz, z bezwzględnymi prawami rynku. To one rządzą mediami. Przekaz musi być formatowany w taki sposób, żeby się dobrze sprzedał. A najlepiej sprzedają się bieżące kłótnie, oskarżenia i skandale, zjawiska często mało istotne z punktu widzenia długofalowych konfliktów społecznych, ale spektakularne, a przez to medialnie atrakcyjne. Właściwie od początku polskiej transformacji ustrojowej głównym problemem jest kwestia praw pracowniczych i związków zawodowych, jednak bardzo długo te problemy były usuwane na margines, a ruchy spychane do defensywy. Kiedy takie zagadnienia zaczęły pojawiać się w mediach głównego nurtu? Wtedy, gdy kilka lat temu zaczęto nagłaśniać spektakularne sprawy związane z wyzyskiem w sieci sklepów „Biedronka” albo strajk polskich pracowników „Tesco” w Irlandii. A przecież to nie był wcale nowy problem. Kwestia była aktualna przez całe lata dziewięćdziesiąte! Może jest to nawet jeden z głównych problemów, który spowodował, że dzisiaj tak wielu ludzi Polsce, po kilkunastu latach przemian, ma poczucie marginalizacji, odrzucenia i frustracji. Te kwestie po prostu nie były artykułowane, albo ich artykułowanie było znacznie utrudnione.

A.Ch.: Spójrzmy także na inną stronę tego problemu – na atomizację i fragmentaryzację społeczeństwa. Zauważmy, że kiedy protestują nauczyciele, to ich protest zawsze jest reakcją na naruszenie ściśle zawodowych czy korporacyjnych interesów. Nie słyszałem natomiast, żeby związek zawodowy nauczycieli, na przykład ZNP, kiedykolwiek protestował przeciwko durnemu zakupowi samolotów F-16…

M.S.: Tutaj muszę częściowo sprostować, bo ZNP przyłączył się kiedyś do protestów antywojennych.

A.Ch.: A do protestów przeciwko offsetowi? Ale niech będzie. Z drugiej strony jednak w sposób moim zdaniem zbyt ogólnikowy zrzucił pan na media winę za demobilizację antywojenną społeczeństwa. Ale to przecież nic nie znaczy. Sięgnijmy do treści medialnego przekazu, który zresztą wypływał wprost ze sfery politycznej. Pójdziemy z wojskiem do Iraku, ale także załapiemy się na lukratywne kontrakty. Na przykład Bumar będzie wysyłał tam czołgi, tu i ówdzie będą powstawały nowe miejsca pracy. Te konkretne obietnice, zresztą niespełnione, bardzo skutecznie demobilizowały społeczeństwo. Na takiej zasadzie: właściwie moralnie jesteśmy przeciwni, ale ekonomicznie – jak najbardziej popieramy.

Ł.M.: Ale może problem nie leży wcale w tym, że media mówiły o demonstracjach antywojennych tak a nie inaczej, ani w tym, że ZNP nie protestowało przeciwko zakupowi F-16. Problem w tym, dlaczego Polacy w ogóle nie demonstrują.

M.G.: Chciałabym się odnieść do tego, co powiedział pan profesor. Chyba w przypadku Polski, w odróżnieniu od innych krajów europejskich, kwestia moralna nie była przeciwstawiana ekonomii. Kiedy Marek Edelman w słynnym wywiadzie dla „Przekroju” mówił, że musimy pomóc nieszczęsnemu narodowi irackiemu i że pacyfiści to podnieceni kretyni, to jednak przedstawiał kwestię etyczną zdecydowanie jako priorytet.

M.S.: Z tego względu ludzie, którzy przeciwko tej wojnie protestowali, często byli prezentowani jako niemoralni i nieodpowiedzialni. Pamiętam, że powoływano się nawet na analogię do appeasementu (czyli łagodzenia stosunków z Hitlerem) z lat 30. XX wieku.

Ł.M.: Dlatego że pięć lat temu Amerykanom udało się przekonać sporą część świata, że wojna w Iraku jest moralna. Potem dopiero zaczęło się to powoli odwracać.

A.Ch.: No właśnie, a przecież trzeba było najpierw sięgnąć do historii i zapytać, czy to w ogóle było możliwe do wykonania. Nasuwały się analogie do działalności agenta służb brytyjskich, słynnego Lawrence’a z Arabii, który prowadzał demokrację na Bliskim Wschodzie w czasach, gdy Wielka Brytania dominowała na tych terenach, odgrywając tam nieocenioną i nierozliczoną dotychczas rolę.

Ł.M.: Również byłbym ostrożny w zwalaniu winy na media za to, że ludzie nie wychodzą na ulicę demonstrować swoich racji, różnych racji, dodajmy. Kontrprzykład to Stany Zjednoczone, które są krajem „zmediatyzowanym” do cna, a jednak Amerykanie potrafią często i głośno protestować.

M.S.: Tylko że Amerykanie mają bardzo długą tradycję protestu obywatelskiego. W Polsce taką tradycję rozwijał ruch Solidarności, ale potem to uległo skruszeniu. Mam wrażenie, że po 1989 roku media zasadniczo nie stymulowały tego rodzaju aktywności. Chodzi mi tutaj o krytyczną aktywność. Przywołałem wcześniej związki zawodowe. Wydaje mi się, że do dzisiaj te organizacje są demonizowane, zwłaszcza w artykułach o gospodarce; traktuje się je jako ciężar, balast, którego należy się pozbyć albo przynajmniej zmarginalizować.

Ł.M.: Bo niewątpliwie w dzisiejszej publicystyce gospodarczej dominują poglądy neoliberalne. Ale to jest całkowicie zrozumiałe ze względów historyczno-politycznych. Cały czas żyjemy wyprowadzaniem kraju z kryzysu lat komuny i dążymy do modernizacji. To doskonale widać do dzisiaj.

A.Ch.: Pan Marcin powiedział, że USA mają silną tradycję protestów. W Polsce tradycja obywatelskiego protestu nieodłącznie kojarzy się z tradycją powstań niepodległościowych, a także z powstaniami przeciwko komunizmowi od roku 1956. Tam można było stracić życie, oberwać pałą po głowie albo być osadzonym w więzieniu na długie lata. Nie można zaczynać tej tradycji od Solidarności, która była protestem dominującym i najbardziej spektakularnym, chociaż moim zdaniem ciągle jeszcze nie rozumiemy do końca tego zjawiska. Ale t protest Solidarności dzisiaj został przechwycony przez liberałów. Pamiętacie ten niefortunny, ale chyba szczery, pomysł Jana Marii Rokity, żeby wszelkie protesty w Warszawie zawsze kierować na specjalnie wydzielone na peryferiach miejsca, tak, by manifestacje nie paraliżowały centrum stolicy, a ludzie mogli sobie tam spokojnie protestować? Moim zdaniem pomysł świetny, ale wynikający z nonsensownego pojmowania polityki. Przecież idzie o to, żeby protestując – blokować, paraliżować, ale nie pójść za to do paki i nie oberwać pałą, jak to się zdarzało dotychczas.

G.K.: Porozmawiajmy teraz o polityce w obrębie sztuki i polityczności przenikającej się z estetyką. Przekonuje państwa Ranciere’owska koncepcja sztuki, która konsekwentnie ucieka od jakichkolwiek jasnych i wyrazistych deklaracji politycznych, ale za pomocą pewnych artystycznych form i działań tworzy jednak przekaz polityczny? To koncepcja estetyki, która w wyrafinowany sposób przeobraża się w politykę.

M.G.: Dla Ranciere’a przeciwstawianie sztuki i polityki jest nonsensowne. Sztuka z założenia jest polityczna, choć nie w sensie potocznym, a to znaczy, że nie jest, a przynajmniej nie powinna być, upolityczniona. Sam akt tworzenia dzieła sztuki jest aktem politycznym, albo inaczej, jak pisał Artur Żmijewski, sztuka jest miękką polityką.

G.K.: Czy to, o czym pisze Ranciere, polityczność przenikająca nawet do sztuki, nie jest czasami jakimś koronnym dowodem omnipotencji polityki? Według francuskiego filozofa polityka unicestwia sztukę, kiedy agresywnie wkracza na jej terytorium. Ale jeśli to sztuka prezentuje coś, co wymaga naszego ustosunkowania się, staje się po prostu życiem i tym samym staje się polityczna.

Ł.M.: Propozycja Ranciere’a stanowi pewną perspektywę poznawczą. Traktuję ją jako propozycję, by spojrzeć na pewne zjawiska estetyczne przez pryzmat ich polityczności. Ranciere analizuje styk działania estetycznego z działaniem politycznym. Podoba mi się taka dosyć ostrożna formuła, nakłaniająca do uważnego badania, w jaki sposób dwie odrębne sfery w różnych przypadkach oddziałują na siebie.

A.Ch.: Chciałbym w tej sprawie dokonać pewnej modyfikacji i dodać do naszych prób zdefiniowania polityczności taką oto propozycję. Widziałbym mianowicie politykę jako rywalizację na światopoglądy. Nasze poglądy, nasza wizja człowieka, społeczeństwa i tego, co dla nas ważne, nieuchronnie przenikają się ze sztuką i przejawiają się w sztuce. W średniowieczu sztuka wyrażała bardzo konkretny obraz człowieka, który współgrał z wizją istoty podporządkowanej Bogu. Jeżeli będziemy rozpatrywać sztukę jako wyraz pewnego światopoglądu, to zawsze będzie ona zajmowała jakieś stanowisko w sporze światopoglądowym, a więc zawsze będzie miała związek z szeroko rozumianą politycznością. To dotyczy na przykład sztuk plastycznych. Weźmy choćby robiącego aktualnie karierę Sasnala. Polityczność wyraża się także w fotografii. Zobaczmy na przykład przerażające zdjęcia z Abu Ghraib, paradoksalnie, zrobione przez samych sprawców. Często samo pojawienie się takich fotografii jest już zajęciem wyrazistego, politycznego stanowiska. Podam jeszcze przykład własnego życia. Jestem konsumentem sztuki, nie tylko jako uczestnik koncertów, widz spektakli teatralnych czy czytelnik książek, ale także kupuję obrazy. I w żadnym razie nie chciałbym, by w pokoju, w którym stoi telewizor, wisiały obrazy, które przemawiałyby do mnie tak intensywną politycznością, jaką przemawia do mnie telewizor. To nie znaczy, że jestem zwolennikiem sztuki dla sztuki. Moje obrazy rustykalne pozostają mimo wszystko polityczne, bo potrafią przynosić ukojenie, czyli jakąś alternatywę dla tego, co zieje z telewizorów.

M.S.: Możemy się zastanawiać, na ile pejzaż rustykalny jest polityczny lub nie jest. Ale ważne jest, że zastanawiamy się nad tym my, odbiorcy. Tutaj niezmiernie ważny jest akt percepcji, który właśnie wytwarza pole polityczności.

M.G.: Wisława Szymborska drwiła kiedyś, że w naszej epoce wszystko uchodzi za polityczne i nawet wiersz apolityczny można uznać za polityczny. Ale chyba coś jest na rzeczy, bo ani twórcy, ani odbiorcy nie żyj w królestwach bezinteresownej obiektywności. Jeżeli artysta nie wypowiada się na temat wojny w Iraku, to tak czy inaczej na ten temat się wypowiada – właśnie nie wypowiadając się. Jego milczenie staje się głosem politycznym. Zgodnie z zasadą, że odpowiedzialni jesteśmy nie tylko za to, co robimy, ale również za to, czego nie robimy…

M.S.: Jeśli politykę rozumiemy jako ścieranie się światopoglądów, jak tu zostało powiedziane, to podjęcie przez artystę danego tematu może oznaczać rezygnację z podjęcia innego tematu. Dlatego jako odbiorcy jesteśmy uprawnieni do stawiania artyście pytania, dlaczego określonego wątku nie podjął. Być może jest to pogląd zbyt daleko idący, ale tak jak udało nam się na początku tej dyskusji zdemaskować pojęcie apolityczności, tak skłaniałbym się właśnie ku temu, by demaskować stawianie się sztuki i artystów ponad tym, co realne i najistotniejsze w sferze społecznej.

Ł.M.: Oj, tutaj już bym się bał. Kiedy słyszę słowo „demaskować”, pachnie mi to trochę socrealizmem i jego krytyką sztuki „drobnomieszczańskiej”, jako tej zafiksowanej na sobie, albo bezprzedmiotowej. Jestem jak najbardziej za dociekaniem, dlaczego niektórzy artyści nie angażują się politycznie. Na przykład, dlaczego na początku lat 70. XIX wieku we Francji, gdy kraj ten przegrał wojnę z Niemcami, upadło cesarstwo, wybuchła Komuna Paryska i narodziła się III Republika, równocześnie kwitło całkowicie oderwane od tych wydarzeń malarstwo impresjonistyczne? Dlaczego impresjoniści malowali pejzaże, kiedy wokół toczyła się wojna i powstawały imperia? To ciekawy temat dociekań. Jednak pójście krok dalej, w stronę „demaskowania” impresjonistów jako ludzi propagujących eskapizm w momencie, kiedy rzekomo trzeba walczyć i angażować się politycznie, jest już bardzo ryzykowne.

G.K.: Chciałbym zwrócić uwagę na pewien paradoks. Koncepcja polityczności Ranciere’a nie jest przecież koncepcją politologiczną, ale wydaje mi się, że to właśnie polityczność w obszarze sztuki najdoskonalej sublimuje esencję polityki i polityczności. Polityka zawsze jest przeobrażaniem świata, tworzeniem nowych form życia wspólnotowego, angażowaniem i konfrontowaniem ludzkich emocji na różnorakich płaszczyznach.

M.G.: Co znamienne, Ranciere definiując polityczność odwołuje się do myśli Arystotelesa i stwierdza, że człowiek jest istotą polityczną, ponieważ ma mowę, a nie tylko głos. Ale kto decyduje o tym, kto ma mowę, a kto głos? Ranciere przywołuje platońskiego rzemieślnika, który nie posiada mowy, ponieważ nie ma czasu na zajmowanie się czymś innym poza swoją pracą. Tutaj pojawia się problem reprezentacji i walki o mowę oraz to, co będzie widzialne, a co zostanie wykluczone.

M.S.: Bardzo mi się podoba Ranciere’owski podział na policję i polityczność, czyli policing i politics. Kontrola policyjna to jest cały zespół praktyk, które zazwyczaj uznajemy za polityczne. Celem tych praktyk dokonywanych przez instytucje jest utrwalenie istniejącego podziału zmysłowości. Z kolei polityczność jest transformatywnym działaniem w kierunku przekształcenia istniejącej rzeczywistości. Z tego punktu widzenia wszelka aktywność artystyczna, która podważa, mniej lub bardziej subtelnie, funkcjonujący podział zmysłowości, posiada niesamowicie emancypujący potencjał.

Ł.M.: Muszę się tutaj wtrącić, bo chyba jesteśmy bardzo blisko rozwiązania zagadki pejzażu rustykalnego. Być może to, że w pewnym momencie malarze zaczęli jeździć na wieś, aby malować wiejskie pejzaże, zwróciło uwagę na pewną część świata, która do tej pory nie była obecna w społecznym oglądzie. Przez to zaczęliśmy zwracać uwagę na istnienie ludności chłopskiej, a w konsekwencji ludność ta otrzymała prawo głosu i tym samym stała się grupą polityczną.

A.Ch.: Ma pan rację. Odkrycie rustykalności w malarstwie sobą było świadectwem pewnych zmian światopoglądowych. Ale takich politycznych przełomów można odnaleźć w estetyce znacznie więcej. Warto przypomnieć debatę o estetyce jako sztuce życia, w której brał udział Richard Shusterman, autor „Estetyki pragmatycznej”. Shusterman kończy swoją książkę słynnym tekstem „Piękna sztuka rapowania”. Zostało tam pokazane, że to, co robią Murzyni, wykonując ukradzione/pożyczone przecież cudze melodie, jest sferą działania, która spełnia wszystkie kryteria sztuki postmodernistycznej, pragmatycznej. Pamiętam, jak kiedyś podczas przerwy w spektaklu na Broadwayu, kiedy widownia teatralna wyszła na zewnątrz, żeby odetchnąć, zabawiali ją hiphopowcy. Tańczyli, skakali, śpiewali, i ludzie rzucali im jakieś drobniaki. Minęło ponad dziesięć lat i Krystyna Meissner zrobiła we Wrocławiu festiwal sztuk teatralnych, w którym jako jedną ze sztuk zaprezentowano spektakl raperski. W ten sposób doszło do instytucjonalnej transformacji. Ci, którzy byli wykluczeni i traktowani tylko jako pewien dodatek do mainstreamu artystycznego, nagle weszli do tego mainstreamu na pełnych prawach. Nie ukrywajmy, że stało się to w dużej mierze dzięki MTV, która kanonizowała cały hiphop. Inny przykład to Andy Warhol, który był jednym z pięknych ideotwórców, „tęgich poetów”, jak to ujął Richard Rorty. Warhol jako artysta zapytał tak: jeśli człowiek stał się towarem i wszystko stało się towarem, to dlaczego sztuka nie miałaby być tworzona i sprzedawana w taki sposób, w jak produkuje się i dystrybuuje towary w supermarketach? Stąd wzięły się jego obrazy – seryjne, różniące się często jedynie kolorem, jaki nakładał na twarz albo powieki Marilyn Monroe czy Mao Tse Tunga. Ale także jego podejście do sprzedaży własnej sztuki i zamówień na portrety nabierało cech produkcyjności. Zasługą Warhola, dla wielu zasługą wątpliwą, było przeniesienie do sfery sztuki mechanizmów rynkowych dotyczących zwyczajnych towarów.

Uczestnicy dyskusji:

Adam J. Chmielewski: profesor zwyczajny w Instytucie Filozofii Uniwersytetu Wrocławskiego, działacz społeczny i publicysta polityczny. Studiował filozofię we Wrocławiu, Oxfordzie i Nowym Jorku. Jest autorem kilku książek, z których najnowsza to Dwie koncepcje jedności (2006) oraz licznych przekładów filozoficznych z języka angielskiego. Redaktor naczelny “Studia Philosophica Wratislaviensia” oraz członek rad redakcyjnych polskich i zagranicznych pism filozoficznych. Strona domowa: www.chmielewski.uni.wroc.pl.

Michalina Golinczak: studiuje kulturoznawstwo na UWr, współredaguje “Recykling Idei – pismo społecznie zaangażowane” oraz współtworzy “Altergodzinę” – audycję w Akademickim Radiu LUZ.

Łukasz Medeksza: dziennikarz, publicysta, maniak mediów internetowych. Prowadzi serwisy internetowe Polskiego Radia Wrocław (www.prw.pl) i Radia RAM (www.radioram.pl). Pisze komentarze polityczne dla Pardon.pl. Współtwórca bloga Piąta Władza. Wcześniej związany z dolnośląską prasą, był m.in. zastępcą redaktora naczelnego tygodnika “Panorama Dolnośląska”. Studiował kulturoznawstwo na Uniwersytecie Wrocławskim.

Marcin Starnawski: socjolog, nauczyciel akademicki, publicysta, tłumacz; współredaktor czasopisma “Recykling Idei” oraz audycji radiowej “Altergodzina” w Akademickim Radiu LUZ.

Grzegorz Kosiorowski (moderator): absolwent prawa i dziennikarstwa na Uniwersytecie Wrocławskim. Obecnie jest aplikantem radcowskim i doktorantem na Wydziale Prawa, Administracji i Ekonomii. Dziennikarz Portalu Kulturalnego G-punkt.pl.

Zdjęcia: Paweł Krzemiński

Śniadania Mistrzów to poranne sesje dyskusyjne, na których degustowane są najważniejsze zjawiska współczesnej kultury i sztuki. Oprócz zagadnień regularnie wypływających w publicznej debacie na temat kultury, poruszane są także wątki niesłusznie spychane na jej margines albo te, które z różnych wstydliwych względów nie dostają się nawet w jej obręb.


Partnerzy “Śniadań mistrzów”:

mleczarnia_logo.jpg

ar_luz.gif

Nieregularnik literacko-artystyczny Rita Baum
Advertisements

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: