Gpunkt.pl

Freestyle o kulturze

Relacja z Opolskich Lam

leave a comment »

Opolskie Lamy 2008 zostawiły na mapie polskich festiwali filmowych znacznie większy odcisk, niż poprzednie edycje. Przyczynił się do tego większy rozmiar buta oraz lepsza marka obuwia. Szkoda, że za wzrostem rangi imprezy – głównie dzięki rzece wydarzeń pobocznych – nie do końca poszedł wzrost poziomu filmów konkursowych. Ale to akurat w młodym polskim kinie tendencja powszechna .

VI edycja Opolskich Lam przyniosła sporo zmian. Festiwal stracił z nazwy podtytuł OFFN (Ogólnopolski Festiwal Filmów Niezależnych), w zamian stając się, rozpisanym na szereg epizodów, świętem kina. Cykl imprez towarzyszących, podczas którego co rusz bito frekwencyjne rekordy, rozmachem przyćmił – stanowiący dotychczas centralny punkt imprezy – konkurs.

Uczciwie przyznać trzeba, że w pokazach konkursowych – po raz pierwszy rozdzielono Filmy Amatorskie i Etiudy Filmowe – nie wydarzyło się zbyt wiele ciekawego. Nie eksplodował żaden talent, choć pewnym odkryciem i jedyną sensacją Lam okazał się Grzegorz Borowiak z filmem „Agent 700”. Szpiegowska komedia o dziwnie nieudolnym agencie o, znanym wszystkim doskonale, nazwisku Bond, zrealizowana za 300 zł, znalazła uznanie w oczach jury. Sam reżyser podbił również festiwalową publiczność swoją naturalnością, otwartością i pokładami nieskrywanej radości. Nagroda dla filmu Borowiaka dobitnie zaświadcza o mizerii tytułów zrealizowanych przez amatorów. Poza jednym – naprawdę przezabawnym gagiem (na Kremlu pada polecenie: Wania, skocz do piwnicy, zakręć gaz w Polsce! Wania udaje się do rzeczonej piwnicy i tam w mroku poszukuje pośród cieniutkich rurek z gazem tej, do której przytwierdzona jest malutka flaga naszego kraju) – reszta, unurzanych w absurdzie, dowcipów nie sprawia oszałamiającego wrażenia, grzęznąc w nadmiarze stereotypów.

Zarazem, oprócz zwycięskiego obrazu i wyróżnionego przez jurorów „Poddasza” Łukasza Bursy (członek grupy filmowej Butcher’s films, zrzeszającej studentów krakowskiego filmoznawstwa, zajmujących się również realizowaniem filmów), trudno pochwalić jakiś obraz. Trzeba dużej dozy wyrozumiałości, żeby którąkolwiek z lokalnych produkcji („Rzeczywistość odbita”; „Sen”; „Przeminęło z wiadrem”) określić w ogóle zaszczytnym – jak się okazuje – mianem filmu. To, albo materiały promocyjne (pierwszy z wymienionych obrazów), albo ciągi obrazków, nie oferujące odbiorcy żadnego przekazu, przesłania, treści. Obiecująco zapowiadał się „Skok Tourette’a”. Bohater filmu cierpi na Syndrom Tourette’a, co przejawia się u niego niekontrolowanymi potokami przekleństw, są chwile, kiedy nie panuje nad swoim zachowaniem. Reżyser umiejętnie przeprowadza ekspozycję – pokazując człowieka, które nie poddaje się chorobie, ale walczy o prawo do normalnego życia. Niestety, opowieść kończy się w chwili, gdy powinien rozpoczynać się drugi akt – kiedy Mirosław wyrusza w wymarzoną wyprawę na Grenlandię. Koniec. Historia zostaje urwana, zanim na dobre się rozkręca.

Właściwie trudno winić tutaj organizatorów – no, może poza decyzją o umieszczeniu w konkursie słabiutkich filmów z Opola – bo drastyczny spadek poziomu filmów offowych, realizowanych poza uczelniami filmowymi, zaczyna dokuczać młodemu polskiemu kinu coraz intensywniej. Nie chciałbym wyciągać pochopnych wniosków i na gorąco dociekać przyczyn takiego stanu rzeczy, ale czuje się w offie brak następców Bodo Koksa, braci Matwiejczyków, czy grupy Sky Piastowskie. Starzy wyjadacze już okrzepli,  czy – w niektórych przypadkach – zakrzepli, a świeża krew, która napływa, jest bardzo rozrzedzona.

Filmy amatorskie nie dorównywały etiudom poziomem, ale w jednym udało się młodym twórcom doścignąć kolegów z glejtem szkoły filmowej. O dziwo, mam na myśli dojmująco smutną i przygnębiającą tematykę, co szczególnie odczuwalne było w piątek – w pierwszy dzień konkursu. Dopiero czternasty film z kolei („Bez wizy” Bartosza Paducha) spowodował żywszą reakcję publiki.

Konkurs Etiud Filmowych zdominował właściwie jeden człowiek – Sylwester Jakimow, który wystąpił w dwóch filmach („Kilka prostych słów” i „T.Rickster”), z których jeden zdobył wyróżnienie („Kilka…”) oraz wyreżyserował obraz zwycięski. „Kongola”, bo taki tytuł nosi ta komediowa produkcja, ma już na koncie m.in. laur Konkursu „Młodego Kina Polskiego” w Gdyni. Bardzo ciepło pisał o niej w „Kinie” guru polskiej krytyki filmowej Jerzy Płażewski. Ja mimo kilku podejść nie potrafię docenić tej historii dziadka, symulującego śmiertelną chorobę i jego wnuka. Typ humoru w nim zastosowany jest irytujący, podobnie mierzi mnie sama ekranowa historia. Ale widać jestem w zdecydowanej mniejszości, bo swoją nagrodą obdarowała komedię Jakimowa również publiczność.

Jury oprócz Grand Prix przyznało trzy wyróżnienia – dwa z nich przypadły etiudom – „Edinie” Nenada Mikovicia oraz wspomnianym „Kilku prostym słowom” Anny Kazejak-Dawid. Oba filmy należą do często nagradzanych na festiwalach filmowych. Siła „Ediny” tkwi w znakomitym scenariuszu, w którym, w trzydziestokilkuminutowej pigułce, skondensowano skomplikowaną historię grupy emigrantów z byłej Jugosławii. Mimo, iż to średni metraż, zawiera galerię pełnokrwistych postaci, z których każda posiada własną historię. Zaletą opowieści o pogmatwanym uczuciu Ediny i Marka, stojących podczas bałkańskiej wojny po przeciwnych stronach barykady, jest nieprzewidywalność, nieoczywistość finału. Z kolei „Kilka prostych…” razi właśnie przewidywalnością rozwoju zdarzeń. Konflikt pokoleń, stanowiący oś akcji, zasadza się na skrajności postaw matki i córki – starsza z kobiet jest liberalna, przy tym nieodpowiedzialna, czasem zdarza się jej coś ukraść. Nastoletnia córka pragnie zaznać ciepła domowego ogniska, a przy tym śpiewa w kościelnym chórze. Ich relacja jest raczej ciągiem stereotypów i kalek, choć dobre aktorstwo – ze szczególnym uwzględnieniem występu Janusza Chabiora w roli dawnego kochanka matki – oraz profesjonalne zdjęcia ratują całość.

Trzy filmy w konkursie umieścił Jan P. Matuszyński. „Razem”; „15 lat milczenia” i „Myjnia” – dwie fabuły i dokument, wszystkie na wysokim poziomie, ale każdemu z tych obrazów zabrakło czegoś, co czyniłoby go wyjątkowym. „Razem” jest nieco zbyt pretensjonalne w ukazywaniu potrzeby bliskości, dokument „15 lat milczenia” koncentruje się na bohaterce. Oddanie jej uczuć stanowi atut, troszeczkę brakuje wyraźniejszego zaakcentowania tła. W rewelacyjnej skądinąd „Myjni” – ze świetną rolą Lesława Żurka – chwilami widać tani gangsteryzm i film traci totalnie kontakt z rzeczywistością.

Co jeszcze ciekawego zaoferował widzom Konkurs Etiud Filmowych? Za dialogi, bez pudła odzwierciedlające styl małoletnich laleczek Barbie, należy pochwalić „Galerianki” Kasi Rosłaniec. Szkoda, że obraz w filmie był żenująco oświetlony – a ściślej nieoświetlony. I znów ta nieszczęsna przewidywalność zakończenia… Dwóch wielokrotnie nagradzanych dokumentów „Klinika” Tomasza Wolskiego i „52 procent” Rafała Skalskiego nie trzeba zapewne nikomu reklamować. Wydaje mi się, że jurorzy niesłusznie pominęli te produkcje. Wolskiemu przecież udało się osiągnąć rzecz niebagatelną – o poważnych rzeczach, jak umieranie, starość, samotność – opowiedział w sposób jednocześnie ściskający za serce oraz nieodparcie śmieszny, dzięki czemu widz wychodzi z seansu jakiś radośniejszy, naładowany pozytywną energią. Skalski przedstawia losy małej Ałły, marzącej, by zasilić szeregi uczennic szkoły baletowej. Reżyser pokazuje trud, znój starań dziewczynki, która przegrywa nie z powodu braku talentu – odpada, bo nie spełnia wymogów odnośnie stosunku długości nóg do wzrostu. Nie wystarczy talent i ciężka harówa, trzeba przede wszystkim pasować do normy – bolesna prawda życiowa.

Poza tym zobaczyliśmy sporo etiud filmowych typowych dla studentów filmówek – świetnych operatorsko, nierzadko z szaleńczymi jazdami kamery, ale treściowo miałkich lub pretensjonalnych. Największym rozczarowaniem okazał się film „Za horyzont” Kuby Czekaja, opromieniony laurem Srebrnej Kijanki festiwalu Camerimage, a słaby i nie mający zbyt wiele treści do przekazania.

Opolskie Lamy stanowią nowe otwarcie w dotychczasowej historii festiwalu – impreza wyszła w miasto, rozbudowany został repertuar, kosztem offowego charakteru. Przy takim obrocie sprawy naturalną koleją rzeczy głównym spoiwem przestał być konkurs dla młodych, pozbawionych rozpoznawalnych nazwisk, twórców. Nie pomaga również brak eksplozji czyjegoś talentu, brak jakiegoś odkrycia i ogólny marazm dotykający młode kino polskie. Niemniej, podobne święto kina jest stolicy Opolszczyzny potrzebne jak człowiekowi tlen do oddychania, a organizatorzy wydają się być świadomi powolnego wyczerpywania się dotychczasowej formuły festiwalu. W nich cała nadzieja.

tekst: Lech Moliński

zdjęcia: Jakub Kurakiewicz

Advertisements

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: