Gpunkt.pl

Freestyle o kulturze

Relacja z festiwalu KAN 2008

leave a comment »

Uczestnicy festiwalu Kina Amatorskiego i Niezależnego KAN 2008 bez wątpienia zaobserwowali pewną tendencję w polskim kinie niezależnym – brak eksperymentów. Młodzi twórcy wykazują sprawność warsztatową, ich filmy są bez zarzutu realizacyjnie, ale grzęzną w bagnie konwencji. W obrazach Konkursu Filmów Polskich brakowało polotu, pomysłowości, świeżego spojrzenia, otwarcia na nowe trendy w sztuce filmowej. Może jest zbyt wcześnie, aby mówić o regresie rodzimego młodego kina, ale bez wątpienia doświadczamy zastoju i stagnacji.

Członkowie niezwykle prestiżowego w tym roku jury (Grażyna Torbicka, Sławomir Idziak, Sławomir Fabicki) podczas Otwartych Obrad Jury podkreślali, że organizatorzy postawili przed nimi trudne zadanie, bo niezwykle trudno porównywać filmy niemal bezbudżetowe z etiudami, realizowanymi pod patronatem uznanych filmowców, profesorów szkół filmowych. Szkoda, że organizatorzy KAN nie podążyli tropem swoich kolegów z innych imprez o podobnym charakterze i nie odseparowali etiud studenckich od filmów amatorskich. W zamian podczas festiwalu zorganizowanego przez ZSP mieliśmy, stosowany we wcześniejszych latach, rozdział na dwie kategorie: fabułę i dokument, żeby było jeszcze trudniej – co podkreśliła Grażyna Torbicka – do jednego worka z fabułami wrzucono animacje. Z potężnym rozstrzałem między sposobami realizacji i narracji, skorelowała się jeszcze nieprzeciętna posucha pośród filmów fabularnych.

Fabuł (z animacjami) trafiło do konkursu blisko dwukrotnie więcej niż dokumentów, ale jestem przekonany, iż zdecydowana większość zostanie rychło zapomniana. Jurorzy Złotą KANewkę przyznali „Kongoli” Sylwestra Jakimowa. Choć odbieram ją negatywnie – historia razi sztucznością, a oderwanie absurdalnych perypetii od rzeczywistości, uniemożliwia, przynajmniej mojej osobie, przejęcie losami Waldka i spółki – to nagroda właśnie dla tego filmu nie powinna dziwić. „Kongola” kolekcjonuje w tym sezonie laury z podobną częstotliwością, co „Emilka płacze” Rafała Kapelińskiego w roku ubiegłym. Mniej czytelne – i uzasadnione – zdaje mi się wyróżnienie Srebrną KANewką „Syna szatana” Sandry Tomalki, a Brązową „Pomiędzy” Josee Iglesiasa Vigila. W obu filmach pojawiają się dzieci – u Tomalki młodzi chłopcy, pastwiący się nad kolegą, są centralnymi postaciami opowieści; w „Pomiędzy” małoletni stanowią tło dla historii o braku szczerości w związku dwojga dorosłych ludzi.

Nie zamierzam długo rozwodzić się nad tymi obrazami, gdyż, nawet w tej mizerii konkursowych fabuł, dostrzegam sporo bardziej interesujących tytułów. Jury narzekało na nieczęste sięganie przez młodych filmowców po adaptacje. Być może stąd decyzja o nagrodzeniu „Syna szatana”, będącego ekranizacją opowiadania Charlesa Bukowskiego. Ale pretensjonalna fabułka nie dorasta do pięt prawdziwej niespodziance KAN 2008 – „Klinice” Anny Maciejowskiej, powstałej na kanwie opowiadania Dino Buzzattiego „Siedem pięter”. Reżyserka opowiada o pacjencie pewnej kliniki, w której panuje dosyć specyficzny układ – najlżej chorzy okupują piętro najwyższe (siódme), a pacjenci chorzy najpoważniej zajmują piętro najniższe. Nasz bohater początkowo wyśmiewa tę hierarchizację, ale nazajutrz staje się ona jego obsesją, gdy stopniowo trafia – najpierw wskutek niefortunnego zbiegu okoliczności, dopiero potem urazów – na niższe kondygnacje. „Klinika” jest wartko opowiedziana, przyzwoicie zagrana (bardzo udany epizod Piotra Matwiejczyka) i – co w gąszczu produkcji na wskroś przewidywalnych (m.in.: „Kilka prostych słów”; „Za horyzont”) stanowi chyba najsilniejszy atut – zaskakująca.

Ciepłe słowa należą się również dwóm pastiszom: animacji „Wielki sen” Tomasza Boniewskiego (Nagroda Specjalna Jury), umiejętnie parodiującej filmy kryminalne oraz „Poddaszu” Łukasza Bursy, nieśmiało nawiązującemu do Tarantino, ale w tonacji bardziej komicznej. Oba filmy były niedługie, maksymalnie skondensowane (podobnie jak wyróżniona przez jury „Intryga” Radosława Pająka), pozbawione dłużyzn i zbędnej nadbudowy treściowej.

Wyszło to twórcom zdecydowanie na plus, bo filmowcom niezależnym zmagania z dłuższą formą nastręczały autentycznych trudności. Niełatwe okazało się również przekazywanie emocji. Przeintelektualizowany „T.rickster” Justyny Łuczak-Salej nie stanowił nic ponad długi, rozwlekły bełkot. Siedemdziesięciominutowe „Pamiętasz mnie?”, weterana polskiego offu, Piotra Matwiejczyka oferowało widzom jedynie kolejne sute porcje fałszywych i wydumanych emocji. W filmie „Za horyzont” Kuby Czekaja możemy wyróżnić jedynie zdjęcia Tomasza Woźniczki – zresztą docenione na Camerimage – oraz muzykę Wojciecha Waglewskiego. Po kompletnie odległych od autentyzmu rewirach poruszał się w „Evolu” Dominik Watin, choć jego obraz akurat uratował Tadeusz Szymków, w kilku scenach wznoszący się na wyżyny rzemiosła aktorskiego (szczególnie w scenie przy stole, gdy wysyła syna po wódkę).

Znacznie więcej interesujących pozycji miała do zaoferowania druga z kategorii. Dokumenty, choć niedoskonałe warsztatowo, niedostatecznie filmowe, źle zmontowane, wspaniale broniły się doborem bohaterów – mocnych, wyrazistych, nietuzinkowych, ciekawych, prawdziwych zwyczajnych-niezwyczajnych. Jury festiwalu KAN 2008 doceniło sześć dokumentów i z decyzją, jak zawsze, można się spierać, ale nie ukrywam, że jest ona znacznie bardziej zbliżona do moich osobistych preferencji, niż w przypadku fabuł. Złota KANewka powędrowała do Rafała Skalskiego i filmu „52 procent”, w którym właściwie trudno się do czegokolwiek przyczepić. Już czołówka została doskonale przemyślana pod względem filmowym – tytułowa liczba „52” jest rozciągnięta, co koresponduje z treścią dokumentu. Kiedy Ałła nie dostaje się do Narodowej Akademii Baletu, widzimy w bliskim planie, że stosunek proporcji długości jej nóg do wzrostu wynosi 51,7%, czyli o 0,3% mniej od proporcji wymaganych w tytule. Srebrną KANewkę zgarnął, do kompletu z Nagrodą Dziennikarzy i Nagrodą Publiczności, Tomasz Jurkiewicz za „Radioakcję”. W filmie dwóch zaprzyjaźnionych, niepełnosprawnych, mężczyzn stara się założyć internetową rozgłośnię radiową. Obiektyw kamery towarzyszy im w przygotowaniach do startu stacji, ale reżyser koncentruje swoją uwagę na wzajemnej relacji Pawła i Grzegorza. W efekcie otrzymujemy ciepły i zabawny film o sile przyjaźni, w którym brakuje jedynie wyrazistszej puenty. Trzecią z nagród dla obrazów dokumentalnych przypadła „Najstarszemu człowiekowi świata” Krzysztofa Nowickiego. Film jest o tyle intrygujący, że narracja została w nim poprowadzona niespiesznie, choć tematem jest tak dynamiczny sport, jak skateboarding. Nowicki dotarł do bohatera, przedstawiającego jazdę na desce jako sens swojego życia. Niestety, momentami dawało się odczuć zbytnią okrągłość zdań, odczyt z kartki i epatujący z ekranu natłok frazesów.

Wyróżnienie dla Justyny Tafel za „Połowę mnie” stanowi pewien zgrzyt. Temat mieszkającej od lat w obozie uchodźców Czeczenki jest bez wątpienia słuszny, ale w tej wersji pasuje raczej do „Sprawy dla reportera”. Aza, bohaterka dokumentu nie staje się przez 11 minut filmu bliska widzom, co odróżnia obraz autorstwa Tafel od chociażby „Dni mojego życia” Grzegorza Rosengartena. Pewnie, że reżyser tego ostatniego filmu jest niedoświadczony. Pewnie, że powinien ograniczyć się do jednego, sążnistego zakończenia, miast serwować ich sześć! Pewnie, że film jest stanowczo zbyt długi i mógłby być bardziej dynamiczny. Ale brawa należą się za wynalezienie bohatera, obdarzonego fenomenalną pamięcią Henryka Dronii, więźnia obozu Auschwitz. Pan Henryk jest tak wspaniałym narratorem, że szybko zapominamy o pewnej archaiczności oraz zastosowaniu konwencji „gadającej głowy” i bez problemu wybaczamy te zabiegi reżyserowi.

„Kraków po latynosku” Bena Talara też nie jest wolny od błędów, przede wszystkim techniczno-realizacyjnych, ale ciekawi bohaterowie z Ameryki Południowej mieszkający na stałe w grodzie Kraka, ratują całość. Kochają Polską, zajadają się polskimi potrawami (jednemu z nich smakuje krupnik, bo przypomina o Peru), inny przyznaje, że próbował czytać Kochanowskiego i popadł w kompleksy, gdy nie potrafił zrozumieć, zastosowanej w twórczości Jana z Czarnolasu, polszczyzny.

Niezwykle ciepły klimat ma obraz „Do naprawy”, opowiadający o panu, który reperuje nawet najstarsze sprzęty, darzone przez właścicieli sentymentem. Ciepła nie znajdziemy w „15 latach milczenia” Jana P. Matuszyńskiego, co wcale nie jest zarzutem. Reżyser tworzy intymny portret kobiety, która nie potrafi po śmierci męża żyć pełnią życia. W finale w końcu się przełamuje – wychodzi na scenę, ale Matuszynśki pozostawia widza z poczuciem niepewności – nie możemy być przekonani, że to trwała poprawa.

42 filmy. 27 fabuł i animacji. 15 dokumentów. Ok. 14 godzin projekcji. 4 bloki filmowe. Liczby przytłaczające, ale ile spośród filmów startujących w Konkursie Filmów Polskich festiwalu KAN 2008 zapisze się w pamięci widzów? Garstka. Wraz z końcem ich festiwalowego żywota, na większość spadnie zasłona niepamięci. Jednak w Kinie Warszawa mogliśmy zobaczyć kilka – często nieoszlifowanych jeszcze – diamentów, jak: „52 procent”; „Klinika”; „Kraków po latynosku”; „15 lat milczenia”; „Poddasze”. Dla nich było warto.

Tekst: Lech Moliński

Zdjęcia: Grzegorz Kondek (źródło: www.kan.art.pl)

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: